Nawigacja

Blog: Michalina Ziółkowska

Ischgl Ironbike Marathon - ekstremalne wyzwanie w sercu Alp

Ildap 2300 m n.p.m., widok na okolice i powrót po latach
Ildap 2300 m n.p.m., widok na okolice i powrót po latach

Sierpień w moim tegorocznym kalendarzu miał jeden główny cel: podjęcie wyzwania trasy Extreme austriackiego maratonu MTB Ironbike w Ischgl (1400 m n.p.m.). Wśród alpejskich gigantów suma prawie 3500 metrów przewyższenia na dystansie 83 km to niby nic nadzwyczajnego. Ten wyścig wyróżnia jednak coś innego. Dwa potężne podjazdy - 1500 metrów w pionie na Greitspitze oraz blisko 1000 m pod Palinkopf - każą się chwilę zastanowić, czy na pewno jest się na to gotowym.

Mając w tym sezonie na koncie starty w tak kultowych wyścigach jak: HERO Südtirol Dolomites, Alpentour Trophy, czy Kronplatz King Marathon, czułam, że to właściwy moment na powrót w to wyjątkowe miejsce. Od mojej ostatniej próby minęły 4 lata. Startowałam wtedy na dystansie Hard obejmującym "tylko" wjazd na Greitspitze.

W tamtym czasie nie byłam na to gotowa.

Mój organizm bardzo powoli wychodził z potężnego kryzysu po przebytej boreliozie i mikrozakrzepicy płucnej. Alpejskie ściany brutalnie uświadomiły mi wtedy, jak trudny to wyścig. Zrozumiałam też, jak moje ciało było wymęczone walką z chorobą i zbyt szybką próbą powrotu do wysokiej formy.

Cierpiałam tam fizycznie i mentalnie. Nie potrafiłam wtedy zaakceptować faktu, że regeneracja wymaga czasu oraz cierpliwości. Jednak tamten wyjazd, miejsce, góry i przepiękna pierzyna chmur nad doliną w dzień powrotu coś we mnie poruszyły. Obiecałam sobie, że wrócę do Ischgl, ale dopiero wtedy, gdy będę w pełni przygotowana.

Zajęło mi to dokładnie 4 lata. 

Dlaczego te 3500 m pionu w Ischgl jest tak wyjątkowe?

Patrząc na profil trasy, widzisz wielki strzelisty szczyt w samym środku i zaraz obok drugi, niewiele mniejszy. Są na tyle potężne, że zupełnie zacierają perspektywę pozostałych wzniesień. Łatwo przeoczyć fakt, że zaraz po starcie czeka "niewielka" rozgrzewka - prawie 500 metrów podjazdu w pionie.

To więcej niż najdłuższy podjazd na niedawnym Bike Maratonie w Polanicy-Zdroju, który w Polsce uchodzi za górską edycję. 

Profil wysokości trasy extreme Ironbike Marathon Ischgl 2026
Profil wysokości trasy extreme Ironbike Marathon Ischgl 2026

Start w dolinie o 8 rano miał swoje zalety. Temperatura nie zdążyła jeszcze przekroczyć 20 stopni,  powietrze było przyjemnie rześkie. Gdy staliśmy już w sektorach, z głośników rozbrzmiewała piosenka "Highway to Hell"...  Przypadek czy może organizatorzy subtelnie chcieli nam coś zasugerować?

Zaraz po starcie trasa pędziła doliną w stronę Galtür. Po pierwszym wzniesieniu, czekał nas jeszcze lekki interwałowy odcinek, by po około 30 kilometrach powrócić do Ischgl.

Pierwsza ściana: podjazd pod Greitspitze (ok. 2860 m n.p.m.)

To właśnie tutaj zaczynała się prawdziwa "orka". Ściana pod Greitspitze  to łącznie 1500 metrów wzniosu przy średnim nachyleniu ok 12%

Pierwszy tysiąc metrów pokonywaliśmy asfaltem, aż do stacji kolejki Idalp (2300 m. n.p.m.). Gładkie podłoże pozwalało złapać rytm i jeszcze w miarę płynnie pokonywać zakręt po zakręcie. Na górze można było złapać coś na bufecie przed finalną szutrową sekcją - czyli ostatnimi 500 metrami w pionie.

Tutaj zaczęło się już rwanie tempa i przepychanie. Nachylenie w połączeniu z rzadkim powietrzem na tej wysokości dosłownie wysysało z nóg resztki energii. 

Podjazd do przełęczy Vider Joch przed finalnym podjazdem na Greitspitze
Podjazd do przełęczy Vider Joch przed finalnym podjazdem na Greitspitze

Nagrodą za to była końcówka: kręty, widowiskowy singletrack wiodący wąską ścieżką wzdłuż samej grani.

Singletrack obok Greitspitze
Singletrack obok Greitspitze

Z grani zjeżdżaliśmy w stronę szwajcarskiego Samnaun, po drodze łapaliśmy świetny flow na singletrakach, by potem mknąć ku dolinie szybką, szutrową autostradą.

Poprawka: podjazd pod Palinkopf (2750 m n.p.m.)

W dolinie czekał już na nas drugi kolos - Palinkopf. To łącznie 950 m pionu ze średnim nachyleniem niemalże 12%

Na dole temperatura przekraczała już 30 stopni, a wysokość spadła do ledwie 1800 metrów. Oznaczało to, że najbliższe kilometry to znów niemal kilometr czystego pionu. Szuter niemiłosiernie wznosił się do góry, nachylenie długo utrzymywało się na poziomie kilkanastu procent.

Niby profil podobny jak na poprzedniej górze, ale nogi nie chciały już tak płynnie kręcić. Wraz ze stromizną spowalniał się obrót korby, a zmęczone mięśnie z jeszcze większym trudem oddawały moc. Im wyżej, tym więcej cennego cienia i tym bliżej do upragnionej przełęczy pod Palinkopf na wysokości 2750 m.

Końcówka podjazdu pod Palinkopf
Końcówka podjazdu pod Palinkopf

Finałowy zjazd i upragniona meta

Stąd do mety pozostawało już tylko 15 km zjazdu. Po drodze mieliśmy trochę szybkich szutrów, świetny flow na singletrackach, krótki i techniczny przejazd po korzeniach oraz spektakularny finał - przejazd przez 130-metrowy tunel dla pieszych (Dorftunnel) w samym centrum miasteczka.

Wjazd na metę po takim wysiłku to piękne uczucie.

W elicie kobiet podium należało do top światowego MTB - wygrała Claudia Peretti przed Adelheid Morath. Ja ukończyłam na 6. miejscu.

Miałam za sobą 5 godzin i 47 minut walki z trasą, ale też kolejne kilka lat walki ze sobą. Walki o powrót do sportu w zgodzie z własnym organizmem, pozwalając mu na regenerację i wyzdrowienie. I to było naprawdę piękne uczucie.