Kronplatz King - mocny start drugiej części sezonu i trudna sztuka odpoczynku
Kronplatz King, epicki MTB Maraton z metą na 2275 m we włoskich Alpach – łącznie 3000 metrów przewyższenia na dystansie 60 km, ze startem w klimatycznej wiosce San Vigilio – był moim mocnym wejściem w drugą połowę sezonu. Największym wyzwaniem był krótki czas — zaledwie trzy tygodnie — który dzielił ten wyścig od zakończenia wyczerpującego Alpentour Trophy.
4 dni bez roweru i zabawa na Rychlebach
Po powrocie z etapówki byłam kompletnie wykończona, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Minęło prawie 8 miesięcy, odkąd rozpoczęłam rehabilitację prawego kolana po zerwaniu ACL. Płynnie wróciłam do treningu, co poprzedziło moje pierwsze starty po przerwie, by w końcu budować formę na czerwcowe alpejskie wyzwania - Puchar Świata w Dolomitach i Aplentour Trophy.
W moim planie był tydzień tzw. transition, czyli czas bez myślenia o treningach i z nastawieniem na pełny odpoczynek. Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy nie wsiadałam na rower 4 dni z rzędu – zazwyczaj to poważne kontuzje wymuszały na mnie taką przerwę.
Tym razem organizm sam upominał się o odpoczynek. Zmęczenie nie chciało odpuścić, a trzeciego dnia ledwo stałam na nogach. Przez chwilę pomyślałam, żeby wsiąść na rower i spróbować to „rozjechać". Wiedziałam jednak, że nigdy nie kończyło się to dobrze.
Pomyślałam, że może w końcu po prostu zaufam swojemu ciału i dam mu to o co prosi – odpoczynek.