Pale di San Martino to imponujący masyw górski w południowej części Dolomitów. Wyróżnia się monumentalnymi, wapiennymi szczytami, które górują nad spokojnymi dolinami. Charakterystyczne dla tego rejonu są rozległe płaskowyże wysokogórskie, po których świetnie się jeździ rowerem MTB podziwiając okoliczne skaliste szczyty.
W jednej z dolin znajduje się miasteczko Fiera di Primiero. To turystyczna miejscowość, ale nie spotkamy się tutaj z przytłaczającym najazdem turystów jak np. w Sella di Val Gardena lub innych modnych kurortach. Miejscowość jest zazwyczaj bardzo spokojna, ale raz w roku zmienia się w arenę spektakularnego wyzwania w świecie maratonów MTB - Mythos Primiero. W tym roku wyścig otrzymał rangę mistrzostw świata w maratonie.
Tym razem w planach jest wjazd na urokliwy płaskowyż w okolicy jeziora Lago di Calaita. Po obowiązkowej kawie na Piazza Cesare Battisti rozpoczynamy podjazd na Bedole spod kościoła Chiesa di Santa Maria Assunta. Trzeba się szybko przyzwyczaić do ekstremalnie stromych uliczek asfaltowych, którymi trzeba wyjechać z miasta aby dotrzeć do szutrowego szlaku. Dalej ścieżką o nachyleniu 10-15% wspinamy się po ścianach doliny oglądając miasteczko z góry. Od wysokości ok 1500 m. n.p.m. zaczynają się typowe alpejskie szutry z pięknymi widokami, którymi można by jeździć cały dzień dokoła skalistych szczytów.
My mamy zamiar oglądać te krajobrazy z 3-4 godziny, ale najpierw dla podkręcenia adrenaliny jedziemy kamienistymi zjazdami w kierunku schroniska górskiego Dismoni. To są naturalne szlaki. W przeciwieństwie do wygładzonych singli nigdy nie wiadomo, co znajdziemy za zakrętem, ale z odpowiednim rowerem z dobrą amortyzacją można utrzymać bezpieczne, równe tempo jazdy. Dismoni to ilka budynków z restauracją na rozległej polanie - idealne miejsce do krótkiego odpoczynku.
Znowu wracamy na gravelowe podjazdy o nachyleniu dochodzącym do 20%. Po kilku zakrętach pojawiają się znajome skaliste szczyty. Zaraz pojawia się płąskowyż z przepięknym górskim jeziorem. Nie mogło tutaj zabraknąć restauracji serwującą wspaniałą włoską pastę i przepyszną kawę ze słodkimi przekąskami.
W końcu trzeba ruszyć w dalszą drogę. Zjeżdżamy długą, wąską, leśną ścieżką w kierunku przełęczy Gobbera. Nawierzchnia jest raczej łagodna, ale przerośnięta jest niewielkimi korzeniami, więc trzeba uważać.
Za przełęczą trasa się zmienia. Pojawia się odcinek bardziej interwałowy z krótkimi, stromymi podjazdami. Okazuje się, że kilka miejsc po drodze jest nie do przejechania rowerem, to wysokie skalne uskoki z drewnianymi stopniami umożliwiającymi pokonywanie tego szlaku piechotą. W końcu docieram do kaplicy Chiesetta di San Silvestro. Trochę trzeba było się namęczyć, żeby tu dotrzeć, ale widoki z tego miejsca położonego na stromym urwisku na dolinę są jedyne w swoim rodzaju. Poniżej tego miejsca znajduje się najtrudniejszy zjazd tego dnia. Do przejechania jest kilkanaście ciasnych zakrętów, a niektóre są mocno wymagające.
To już koniec emocji tego dnia. Do celu podróży zostało tylo kilka kilometrów ścieżką rowerową w górę strumienia.