Nawigacja

Blog: Michalina Ziółkowska

Mistrzostwa Świata w maratonie MTB w Primiero to coś więcej niż wyścig

Legendarny, stromy podjazd wiodący do doliny Bedole (782 m, 9,9%, 7,89 km)
Legendarny, stromy podjazd wiodący do doliny Bedole (782 m, 9,9%, 7,89 km)

Start w Mistrzostwach Świata to duże wyzwanie, ale też wyjątkowe wydarzenie, które motywuje do treningu i codziennej pracy nad sobą. W tym roku włoskie miasteczko Fiera di Primiero (ok. 700 m n.p.m.) było początkiem solidnej trasy wiodącej przez alpejskie ścieżki w unikalnym rejonie Dolomitów. 

To malownicze, ukryte w głębokiej dolinie Trentino miasteczko urzeka spokojem i urokliwą architekturą. Jednocześnie otaczają je potężne, pionowe granie grupy Pale di San Martino. To rejon stworzony dla prawdziwych wielbicieli gór. Włoski klimat Fiera di Primiero z przepyszną lokalną kuchnią miesza się tu z bezlitosną górską naturą.

Wyzwanie w Dolomitach na 95 km i 4 tysiące przewyższenia

Każdy, kto ma w sobie sportową duszę wie i rozumie, dlaczego Mistrzostwa Świata są tak wyjątkowe. Profil trasy tego wyścigu prezentował się adekwatnie do rangi wydarzenia, a jednocześnie miał w sobie coś, co budziło chęć podjęcia wyzwania.

Profil trasy Mistrzostw Świata, łącznie 4 tysiące przewyższenia na dystansie 95 km
Profil trasy Mistrzostw Świata, łącznie 4 tysiące przewyższenia na dystansie 95 km

Mając na koncie start w kilku alpejskich maratonach (Hero Dolomites, Alpentour Trophy) doskonale wiedziałam, czego można się spodziewać. Długie, alpejskie wspinaczki wymagają cierpliwości i pokory, ale wbrew pozorom bywają łatwiejsze taktycznie, ponieważ pozwalają wejście w stały, stabilny rytm i wysiłek. W pierwszej części kolejno wyrastały przed nami podjazdy o przewyższeniu: Col dei Cistri (970 m, 6,4 %),  Malga Fosse (239 m, 11,2 %), Tongola (206 m, 9,3 %) oraz Forcella Calaita (352 m, 8,2 %). Po powrocie do doliny Primiero czekał cichy potwór – legendarna ściana Bedole (782 m, 9,9 %), a bezpośrednio po niej poprawka pod Civertaghe (341 m, 9,9 %). 

Czego nie widać na profilu: zdradliwy zjazd przez Passo Gobbera

Jezioro Calaita, koniec ostatniego podjazdu pierwszej części
Jezioro Calaita, koniec ostatniego podjazdu pierwszej części

To, czego profil nigdy nie pokaże to wyniszczające, krótkie zrywy. Mijając urokliwe jezioro Calaita na wysokości ok 1600 metrów n.p.m., mogłoby się wydawać, że zjazd przez Passo Gobbera, a potem przejazd przez miasteczka Imer i Mezzano  z powrotem do Primiero, to będzie szybka i prosta sprawa. Nic bardziej mylnego.

Ten fragment okazał w rzeczywistości najbardziej zdradliwym elementem całej układanki. To rwana, pozbawiona płynności, bezlitosna sekwencja krótkich, stromych ścianek oraz ciągnących się technicznych, śliskich zjazdów. To szarpane tempo po cichu wypalało moje głębokie zasoby energetyczne jeszcze przed rozpoczęciem kluczowych podjazdów. 

Stres to nie tylko trening

Doświadczenia z wcześniejszych lat pomogły mi dobrze zaplanować zarówno drugą cześć sezonu, jak i ostatnie tygodnie przed startem. Być może pierwszy raz w życiu udało mi się zrobić prawdziwy, podręcznikowy "tapering" i znacząco obciąć objętość treningową w ostatnim tygodniu. Fizycznie wszystko było w porządku, a wskaźniki na papierze wyglądały bardzo dobrze. Jednak musiałam zmierzyć się z czymś jeszcze, czego nie da się przełożyć na TSSy i planowanie gotowości na wyścig.

Trzy tygodnie walki o zdrowie ukochanego domowego kocurka i ostateczne pożegnanie się z nim okazało się trudniejsze niż mogło mi się wydawać. To bolało bardziej niż upadki czy porażki. Treningi, choć były krótsze, wcale nie szły tak jak zazwyczaj. Kontrolne starty, też krótsze (na 3 godziny), ciągnęły się i męczyły moją głowę.

Mimo wszystko, wierzyłam, że ostatnie kilka dni spędzonych we Włoszech pozwoli mi odzyskać energię i znaleźć w sobie siłę, by stawić czoła temu wyzwaniu.  W dniu startu czułam się naprawdę dobrze, ale kiedy wyścig trwa wiele godzin i wyczerpują się wszystkie rezerwy,  zmęczona głowa po prostu nie działa tak, jak w normalnych warunkach.

Kryzys na Bedole i anatomia przetrwania

Końcówka podjazdu na Bedole w drugiej części maratonu
Końcówka podjazdu na Bedole w drugiej części maratonu

Potężny kryzys dopadł mnie, dokładnie wtedy, gdy zaczął się – od ponad 20% ściany – podjazd na Bedole (prawie 800 m w pionie). Mięśnie najzwyczajniej nie chciały współpracować – wtedy zrozumiałam, że moje zasoby są kompletnie wyczerpane. Wiedziałam jednak, że nie mogę się tak po prostu poddać. Jedyną drogą na szczyt było zaakceptowanie tej sytuacji i próba zrobienia tego zwyczajnie wolniej.

To była moja najtrudniejsza godzina. Po zjeździe energia na ostatnie dwa podjazdy wróciła, bo żaden kryzys nie trwa wiecznie. To zawsze kwestia jednej, szybkiej decyzji: albo w to wchodzisz do końca, albo nie. 

Wynik to tylko liczba, a wyścig to zawsze coś więcej

Miejsce na mecie to tylko liczba. Pozycja 36. to w historii moich wszystkich występów na Mistrzostwach Świata lokata najsłabsza. Z drugiej strony, żaden z poprzednich wyścigów nie był tak długi i nie kosztował tak dużo wysiłku. Czas na mecie, strata do najlepszych to też tylko liczby, które nie pokazują wszystkiego.

Te 95 kilometrów i 4 tysiące metrów przewyższenia to próba zmierzenia się z absolutnie najlepszymi zawodniczkami w maratonie MTB na świecie. Stajesz na starcie i chcesz pojechać swój wyścig. Nie każdy może w nim wygrać, ale cała ta droga, przygotowania i ten dzień to coś, na co warto czekać.

Warto ufać sobie do końca i próbować podejmować tak wyjątkowe wyzwanie!