Ścieżko, i wódź mnie na pokuszenie!
Dystans: 67.18 km Miejsce startu:
Kategoria: Trudność: Łatwa
Nie mając oryginalnego pomysłu na trasę postanowiłam tym razem wybrać płaszczyzny gładkie i mało wyboiste. Ruszyłam więc w znaną i mało atrakcyjną stronę Medyki, na zasadzie "tam gdzie koła się zakręcą". Przed miasteczkiem zatem skręciły w lewo, i tym samym popedałowałam do Radymna.
W Stubnie zrobiłam krótki popas, zatrzymując się w parku otaczającym dworek Myszkowskich. Żal patrzeć jak niszczeje - lepiące się od brudu okna zakrywają rupieciarnię, która znajduje się wewnątrz budynku, a odpadający tynk i okupczona elewacja zapraszają co najwyżej miejscowych żulików do degustacji taniego wina. Może by tak datki z tacy przeznaczyć nie tylko na dopieszczanie plebani?
Nie nakręcając się bardziej w temacie zaniedbań ruszyłam z ko...ła. Żółte łany rzepaku łagodziły niesmak i konieczność jazdy w kurzu. Ale co wybrałam, to mam! ;) Dojeżdżając do Nienowic, czyli do miejsca, które jeszcze rok temu było placem budowy, mile się zaskoczyłam. Autostrada do Korczowej była już otwarta i tętniła od szybkości poruszających się po niej samochodów. Luksusowo i europejsko w tym wschodnim zakątku.
Tymczasem monotonność i znajomość trasy okazała się nie być jedynym określeniem tego wypadu... Dlaczego? Uległam bowiem pokusie długiej, wyglądającej niekończąco się ścieżki, która przy ostrym skręcie do Wyszatyc (jadąc od strony Radymna) jak strzała wbija się w pola. Do domu było jeszcze ok. 20 km, a ja czułam niedosyt kilometrażowo-krajoznawczy. Szczególnej chęci na dokręcanie kilometrów jednak nie miałam.
I wtedy pojawiła się ona - znana z widzenia, niepozorna, niby przewidywalna lecz mająca w sobie pewną dozę tajemnicy. Stwierdziłam, że to jest ten czas. Czas ścieżki.
Nie wiedząc dokąd prowadzi i czy w ogóle gdzieś prowadzi, nie znając jej natury, wjechałam na polną, dobrze ubitą drogę. W oddali majaczyła kapliczka, a kiedy do niej dotarłam, stało się jasne i pewne, że ścieżka nie wyprowadzi mnie na manowce. Bo oto trafiłam na szlak. Słupek z żółtą muszlą i strzałką w tym samym kolorze oraz napis 'Santiago de Compostela 4038 km' informował mnie, że jestem na międzynarodowej Drodze św. Jakuba. Niezła ta międzynarodówka.
Podobny słupek stanął kilka miesięcy w przemyskim rynku i tym samym Przemyśl dołączył do miejscowości, które znajdują się na jakubowym szlaku. Ten odcinek nakłada się dodatkowo na Via Regia (czyli Drogę Królewską lub Drogę Wysoką), stanowiącą m.in. historyczny szlak handlowy, biegnący z Rusi do Hiszpanii. Znalazłam informację, że na takiej drodze, podlegającej całkowicie królowi, obowiązywały szczególne prawa, tylko nigdzie nie napisano, na czym ta szczególność polegała. W dzisiejszych czasach pewnie związana byłaby ze swobodą (nad)używania immunitetu poselskiego z częstotliwością dobrowolną i frywolną. Kiedyś natomiast być może wiązało się to z bezpieczeństwem poruszania się po trakcie zarówno jeśli chodzi o kupców, obładowanych towarami jak i bezbronnych pielgrzymów.
Osobiście wolałabym, żeby takie słupki wskazywały królewską, uniwersalną drogę, niż szlak o charakterze religijnym. Wystarczy wyszukać informację na temat wmurowania tego słupka w Przemyślu, żeby zobaczyć jakie podziały wywołuje fragment kamienia z muszlą.
Bez względu jednak na charakter szlaku udałam się dalej za strzałką. Po jakimś czasie dojechałam do miejsca, w którym w lewo odbijała droga. Kiedy zdałam sobie sprawę, że za kilkadziesiąt metrów wjadę na asfalt i będę już w Żurawicy, postanowiłam skierować się na nieznaną szutrówkę - nadal głodna wrażeń i ponownie skuszona. Po chwili okazało się, że jestem nie tylko na czarnym, fortecznym szlaku, ale wciąż na jakubowej drodze, z którą się on zazębia. Coraz ciekawiej!
Grupa drzew, do której wkrótce dojechałam, okolona siatką, wzbudziła moje zainteresowanie. Co to takiego? Po kilkudziesięciu metrach zobaczyłam charakterystyczne, forteczne mury. A więc dotarłam do fortu, zapewne "San Rideau", bo przecież nie ma tu innego. Kolejne metry wyprowadziły mnie jednak z błędu. Ruiny, które właśnie objeżdżałam były fortem pomocniczym XIII b "Bolestraszyce". W całości stanowi on własność Arboretum i wyłączony jest z ruchu turystycznego.
Udałam się więc na wprost, dość niepewnie zagłębiając się w starą, zadrzewioną alejkę. Cały czas miałam po swojej lewej stronie siatkę, a spomiędzy gęstych krzewów co chwilę migały forteczne cegły. Wreszcie ścieżka znacznie się rozszerzyła i dotarłam do miejsca, które można byłoby określić węzłem szlaków. Wprawdzie zbiegały się tu tylko dwa, wcześniej wspomniane, ale drzewko było okraszone sporą ilością znaków.
Stojąc tak na rozstaju, rozszyfrowywałam skręty i zakręty, gdy wtem usłyszałam regularne stukanie, dochodzące gdzieś z pobliskich krzaków. Dzięcioł? Zaczęłam się wsłuchiwać, żeby rozpoznać skąd dokładnie dochodzą stukoty. Nie, to nie było "stuk, stuk" tylko coś bardziej jak chrupanie, albo drapanie. Wytężyłam oczy i uszy i wreszcie dojrzałam sprawcę. Drevny kocur - bo od razu przyszła mi na myśl ta śmieszna, czeska nazwa, którą niedawno przypadkowo znalazłam w sieci. Drevny kocur to nic innego jak nasza pospolita wiewióra. Ta akurat była w porze obiadowej - łupała orzecha aż wióry leciały i stąd te nietypowe odgłosy. Chwyciłam lornetkę, która akurat miałam ze sobą i chwilę pobawiłam się w obserwatora leśnej zwierzyny. Kiedy ruda wywinęła na mnie kitę stwierdziłam, że czas ruszać w drogę.
Skrętem w lewo i kilkoma hopkami dotarłam do jednej z największych atrakcji Bolestraszyc, czyli pancernego fortu XIII "San Rideau". Obok dobrze zachowanego fortu Salis Soglio w Siedliskach, ten robi na mnie największe wrażenie. Określenie pancerny doskonale oddaje jego wygląd: mocny, przysadzisty, masywny, konkretny jak zaciśnięta w gniewie pięść. Wyłonił się nagle i to spotęgowało te wszystkie wrażenia.
Skuszona tego dnia wielokrotnie, postanowiłam iść za ciosem. Zaczęłam wspinać się na górę, pomimo jawnego zakazu i mając świadomość postępującej z każdym moim krokiem głupoty.
Mogło się zdarzyć, że nawet maksymalna ostrożność, którą starałam się zachować, na nic by się zdała. Wiedziałam, że mogę trafić na jakąś zapadnię i w jednej chwili znajdę się na dole, w ciemnościach fortecznych, połamana, albo nabita na jakiś stalowy pręt. Wiedziałam... i nic nie mogę napisać na swoją obronę niż to, że miałam więcej szczęścia niż rozumu i tylko dzięki temu pierwszemu cała i zdrowa wróciłam na dół.
Tymczasem, gdyby rzecz miała się inaczej mogłam podzielić los dwóch jeńców rosyjskich, którzy zostali uwięzieni w kazamatach. Legenda mówi, że jednemu z nich udało się przetrwać dzięki temu, że znajdowały się tam zapasy żywności aż na 8 lat. Ciekawe czy jakieś konserwy jeszcze zostały? ;)