Zapachniało Bieszczadami
Dystans: 99.73 km Miejsce startu:
Kategoria: Trudność: Umiarkowana
Kolejny wypad z PTTK-iem zapowiadał się bardzo konkretnie. Można powiedzieć, że Grąziowa, która była celem tego rajdu, po wcześniejszej wycieczce do Arłamowa stanowiła obiekt moich rowerowych westchnień ;)
W dniu rajdu postanowiłam nie jechać na miejsce zbiórki tylko z wyprzedzeniem ruszyć, by chociaż przez pierwsze kilka(naście) kilometrów nie obciążać grupy. W ten sposób udało mi się dojechać do mojej ulubionej Gruszowej. Tam ległam sobie na trawce, zjadłam śniadanie, a po 20 minutach zjawił się pierwszy rowerzysta.
Kiedy przyjechała cała grupa, ruszyliśmy wspólnie w stronę makowej, a następnie 10-kilometrowym podjazdem do Arłamowa. Dobrze, że droga jest na ogół ocieniona, a słońce co chwilkę chowało się za chmury, bo to znacznie ułatwiało kręcenie pod górkę. Jak zawsze pilnowałam tyłów, jak zawsze wjechałam ostatnia i jak zawsze w obstawie co najmniej dwóch rowerowych bodyguardów :D Eh, ja to mam życie. Nic, tylko wozić się na rowerze.
Na arłamowskim Wierchu zaczęło groźnie pobrzmiewać, a chmury wręcz się kotłowały, ale że byłam z grupie więc mogło nawet walić przysłowiowymi żabami. Na dodatek teraz czekał na mnie odcinek z gatunku nieznanych. Grąziowa była coraz bliżej i to w zasięgu kół mojego roweru. Najpierw zaczął się szybki zjazd, minęliśmy skręt do Trójcy i po chwili dojechaliśmy do kolejnego, już prowadzącego do zapomnianej wsi. Świeżutki dywanik w cichym lesie to po prostu bajka. Uwielbiam ponad miarę ten kolaż natury i działalności człowieka. Teren jest dobry, ale nie daje odpoczynku dla czterech liter, dlatego najbardziej lubię takie eklektyczne trasy. Oczywiście, wszystko ma swoje granice i nie chodzi o to, żeby każdą szutrową drogę pokryć asfaltem.
Choć cały czas jechaliśmy drogą, którą można byłoby nazwać główną, to miałam wrażenie, że kluczymy – tu skręt, tam skręt… A może to mnogość dochodzących dróżek i ścieżek spowodowała, że trasa wydała mi się na tyle pokręcona, że dziś nie byłabym jej w stanie odtworzyć? Boczne drogi wręcz się prosiły, aby je spenetrować. Klimat był iście bieszczadzki nie tylko dlatego, że już byliśmy w tym powiecie - wokół żywego ducha, przestrzeń trochę jakby poza obiegiem świadomości człowieka. Fajnie byłoby tu kiedyś wrócić.
Dopiero w Grąziowej, a może na chwilę przed, ukazała się cywilizacja. Choć określeniem, które lepiej oddaje zastany krajobraz będzie napisanie, że na tych terenach widać obecność człowieka. Kilka domów to wszystko, co obecnie kryje się pod nazwą Grąziowa. Prawie wszystko, bo okupacja sowiecka wciąż tutaj działa. Przybrała tylko inną formę, a mianowicie florystyczną. Prawo do swobodnego hasania po łąkach i zdziczałych terenach broni bowiem poradziecki spadek – strzelający na 2-3 metry w górę barszcz Sosnowskiego, który w Grąziowej uformował się wręcz w zagajniki. Niech tylko frywolna nóżka w swojej beztrosce zapędzi się za daleko, a mocno tego pożałuje.
Teraz można sobie zadać pytanie? Po co przyjeżdżać w takie miejsce, skoro stoi tutaj tylko parę domów i nic więcej. Jak wiele wiosek na tym terenie, także i ta była pełna życia. Wieś miała swój warsztat tkacki, młyn wodny, kościół, cerkiew bojkowską (uratowaną i przeniesioną do Sanoka), a nawet dwa dwory. I choć istniała już w XV wieku, to przyszła II wojna światowa, a tuż po niej akcja „Wisła”. Mieszkańców wysiedlono, a ci, którzy zostali, 20 lat później również otrzymali nakaz eksmisji. Bo przecież ministry i inne pasożytnicze formy będą się teraz bawić na tych terenach. Ale nawet Państwo Arłamowskie przeminęło, pozostał tylko trujący barszcz (roślinna forma karalucha?)
Historię o tych terenach można przeczytać w przewodnikach, czy na stronach internetowych, ale i tak swoistą kropką nad „i” jest zawsze własne doświadczenie danego miejsca. I właśnie dlatego tutaj przyjechałam.
Tyle o Grąziowej. Opuściliśmy ją, kierując się w stronę Trójcy. Tam zboczyliśmy do Ośrodka Myśliwskiego, celem bliższego przyjrzenia się okolicom. Niestety gburowaty strażnik nie chciał nas wpuścić. Ja rozumiem – obowiązki obowiązkami, prikaz z góry to prikaz z góry, ale trochę mniej nadęcia nikomu nie zaszkodzi. Gostek był wyraźnie podminowany z powodu naszej obecności i nie wiadomo, czy wynikało to z tego, że ma tu wielu takich ciekawskich jak my, boi się szefostwa, czy po prostu czuje ważność swojej misji, polegającej na obronie VIP-ów przed wzrokiem hołoty spragnionej odrobiny luksusu.
Po pożegnaniu się z ‘miłym’ panem ruszyliśmy w dalsza drogę, od tej chwili już mi znaną. Ale i tak nie obyło się bez atrakcyj :) W Rybotyczach padła propozycja, by pojechać nad wodospad. Oczęta mi się zaszkliły, bo już kiedyś go szukałam, lecz bez powodzenia. Chętnych teraz było tylko 4 panów więc trochę się wahałam, bo jak później dogonimy resztę grupy? To znaczy – jak ja dogonię? Ale pokusa była zbyt wielka. Zdecydowałam, że ruszam z odszczepieńcami :)
Dotarliśmy do Wiaru, który trzeba było przekroczyć. Rower zostawiłam na brzegu, zdjęłam adidasy i przeprawiam się na bosaka przez rzekę. Ale dwóch szaleńców nie zamierzało porzucać swoich rowerów. Choć było płytko, to Wiar jest wartki, a kamienie śliskie i ostre. Panowie nie przekroczyli go suchą stopą. Zaznaczam, że im kibicowałam i chciałam, aby udało im się przejechać.
Nikogo to jednak nie zraziło i zaczęliśmy przedzierać się przez tarninę w kierunku wodospadu mającego spływać po Skale Machonika (lub Machunika). Widok był całkiem całkiem, pomimo tego, że wodospad ledwo się sączył, bo to okres lata. Znalezione informacje mówią, że to próg denudacyjny na marglach krzemionkowych. Czyli wszystko jasne :D A tak bardziej obrazowo, napiszę, że skała jest lekko kremowa i zbudowana z warstw układających się poziomo. Po niej właśnie, wysokiej na jakieś 5 metrów i tworzącej parów spływa wodospad. Całość jest dość osobliwa. Ponoć najlepiej tutaj przyjechać wiosną, kiedy topniejący śnieg zwiększa objętość wodospadu lub zimą, gdy woda efektownie zamarza.
Wróciliśmy na trasę zgodną z planem i ruszyliśmy w stronę Nowych Sadów. Tam, w jakimś starym młynie, o którym nigdy nie słyszałam, mieli czekać pozostali. W pewnym momencie zboczyliśmy w nieznany mi terenowy odcinek i po chwili pojawiła się jakaś brama, w którą skręciliśmy. Okazało się, że prowadzi ona do wspomnianego starego młyna, a pod zadaszeniem cierpliwie czekali na nas rowerzyści oraz właściciele. W chwili, w której przekroczyliśmy bramę… lunęło mocno i rzęsiście. To się nazywa mieć szczęście. W związku z tym, że deszcz nie przestawał padać wykorzystaliśmy ten czas na obejrzenie młyna od środka. Wszędzie pachniało starością, kurzem, ale klimacik był niezły. W rogu stała replika wykonana z zapałek, a na podłodze piętrzyły się stosy zakurzonych książek. Najwcześniejsze dokumenty poświadczają, że budynek ma co najmniej 200 lat. Właściciele są w trakcie odremontowywania go, ale pieniędzy trzeba na to tyle, ile wody w Wiarze.
Po godzinie tylko mżyło więc ruszyliśmy w stronę Przemyśla. Jeszcze jakieś 25 km i mogłam wyłożyć się w wannie. Nareszcie :)