Azory - pierwsze starcie
Dystans: 21.69 km Miejsce startu:
Kategoria: Trudność: Umiarkowana
Jak najlepiej zakończyć sezon rowerowy – wybrać się gdzieś gdzie jest jeszcze ciepło :)
Ten pomysł już od połowy lipca spędzał sen z powiek, dlatego bez dłuższego zastanawiania się wykorzystana została możliwość wyjazdy na Azory którego termin oczywiście uzależniony był od zakończenia sezonu maratonów w Polsce.
Około 3 tygodni przed wyjazdem rozpoczęło się przeszukiwanie wszystkich możliwych publikacji dotyczących sposoby zapakowania rowerów tak, aby doleciały one w jednym kawałku na miejsce. Transport rowerów drogą lotniczą ma po swojej stronie tyle samo zwolenników, co przeciwników. W tym przypadku udowodniona została teza, że wszystko zależy od opakowania:). Zaopatrzony w 2 kartony po rowerach, niezliczoną ilość otuliny izolacyjnej do rur, kilka rolek taśmy oraz folie stretch przystąpiliśmy do pakowania. Postępując zgodnie z instrukcją, jaka była zamieszczona na stronie przewoźnika rowery pozbawione zostały wszystkich zbędnych części, które powędrowały do walizek ( paczka miała ważyć maks 12 kg co wymagało pozbawienia roweru bardzo dużej ilości elementów). Ostatecznie udało się spakować rowery w paczki po 13 i 13,5 kg co uważam za osobisty logistyczny sukces.
Na lotnisku w Warszawie jak to w Polsce olbrzymie zamieszanie, – jeśli wybieracie się gdzieś z nadbagażem o dużych gabarytach radzę być dużo wcześniej na lotnisku:) … po godzinie zamieszania pozostało tylko nadanie rowerów – i tu darmowe prześwietlenie ramy:) i można było cieszyć się urlopem.
Warszawa – Lizbona – 4 godziny
oczekiwanie w Lizbonie – 1,5 godziny
Lizbona – Ponta Delgada – 2 godziny
i w końcu po 120 minutach wpatrywania się w bezkresny ocena pojawił się zarys wyspy .
Przed wyjazdem o Azorach przeczytanych zostało wiele przewodników i artykułów i mimo teoretycznego przygotowania wyspa robiła ogromne wrażenie. Z zimnej Polski a potem suchej Lizbony po kilku godzinach człowiek znajduje się w miejscu gdzie otoczony jest bezkresem zieleni w setkach odcieni ( moje męski odbieranie kolorów pozwalało mi więzień przynajmniej 5 odcieni ale pisząc o setkach odcieni muszę zaufać innym )
Po około 1,5 godzinie jazdy samochodem znaleźliśmy się w Nordeste , miejscowości która przez następne 8 dni miała być naszym urlopowym domem .
Rowery dojechały bezpiecznie, kartony nosiły na sobie ślady „delikatnego” obchodzenia się z nimi, ale dodatkowa ilość pianki i styropiany ochroniła sprzęt. Po 40 minutach sprzęt był gotowy do jazdy jednak ilość wzniesień i ukształtowanie tereny spowodowało, że ten dzień postanowiliśmy przeznaczyć na spacer i odpoczynek po podróży
Następny dzień przywitał nas piękną pogodą, dlatego tym szybciej postanowiliśmy ruszyć w trasę. Na cel wzięty został jeden z 3 najwyższych punktów wyspy. To był chyba najbardziej trzymający podjazd, jakim przyszło mi jechać …. 15 km w minimalnym nachyleniu 8 % a maksymalnym 20 %.
Trasa przez cały czas wiodła asfaltowymi nieuczęszczanymi drogami lub ubitym szutrem. Po 15 km na szczycie spotkało nas niemiłe zaskoczenie. Cała góra otoczona była bardzo gęstą mgłą, co uniemożliwiło podziwianie widoków. Po krótkim odpoczynku ( temperatura we mgle spadła z 25 do 10 stopni) ruszaliśmy w dół zaliczając po drodze downhil-ową ścieżkę oraz latarnie morską, do której zjazd a następnie podjazd miał 34% nachylenia – jednak to właśnie te kilkaset metrów 30% nachylenia spowodowało, że na ten dzień mieliśmy już dość.