Wyprawa po Smocze Jajo
Dystans: 37.67 km Miejsce startu:
Kategoria: Trudność: Umiarkowana
Wakacyjne słońce budzi we mnie pierwotne instynkty i działa jak mamut na jaskiniowca. Pojawia się żądza zdobycia, upolowania i schwytania. Wczoraj podziałało na mnie tak intensywnie, że postanowiłem wyruszyć zdobyć Smocze Jajo.
Wyprawę rozpocząłem we wsi Podole Małe. Jeśli ktoś już na starcie szuka wrażeń i pała nieposkromioną ochotą fotografowania polecam zatrzymać się u wylotu z miejscowości, gdzie chłodnym i ponurym cieniem okryje nas park pałacowy, pochodzący z drugiej połowy XIX wieku. Samego pałacu już nie ma, ale zachowało się wiele egzotycznych gatunków drzew, jak będąca z nazwą na czasie lipa krymska.
1,5 km dalej, po pierwszym dość wyczerpującym podjeździe, można się poczuć jak na szlaku Krainy w kratę. Dotarłem do Dobieszewa. Od razu w oczy rzucił się majestatycznie położony kościół o typowej konstrukcji szachulcowej. Pierwsze wzmianki o budowli sakralnej we wsi pochodzą aż z 1385 roku! Jednak pierwotny obiekt w roku 1715 strawił pożar. Obecny został wybudowany w 1779.
Trzymając się wyznaczonej trasy, tuż za miejscowością, minąłem żeliwne krzyże, niepozwalające zapomnieć o tym, kim byli wcześniejsi mieszkańcy Pomorza. Na myśl przyszły mi słowa piosenki Czerwonych Gitar: "Tylko w polu biały krzyż nie pamięta już, kto pod nim śpi ..." Otrząsnąwszy się z nostalgicznego stanu pojechałem dalej...
Kolejnym moim punktem podróży okazało się Jamrzyno. Jest to mała, śródleśna osada. Właściwie poza jednym blokiem mieszkalnym i leśniczówką nie ma tu niczego. Zdziwiłem się, widząc wiszący rozkład jazdy autobusów. Moje osłupienie nie miało końca, gdy zobaczyłem rozkład jeszcze innego przewoźnika, przyczepiony pinezką do pierwszego lepszego drzewa. Nie było tam przystanku, ani nawet niczego, co by o nim informowało, a rozkłady były aż dwa. Oszołomiony tym faktem, ruszyłem w dalszą drogę.
Zostawiając Jamrzyno daleko za sobą, pomyślałem, iż niemożliwe jest, abym trafił do jeszcze bardziej odizolowanego miejsca, mimo tych dwóch rozkładów. Myliłem się. Znalazłem się w Goszczynie. Tu nie było nawet tego. Nie ujmując niczego mieszkańcom tej wsi, czułem się tam bardzo nieswojo. Dzieci wybiegły na kamienną drogę i krzyczały, że ktoś obcy jest we wsi. Wlepiły we mnie swoje pełne ciekawości spojrzenia, a ja chciałem tylko jak najszybciej stamtąd odjechać. Od małego szczególnym zainteresowaniem darzyłem opustoszałe osady w szczerym polu, składające się z kilku gospodarstw, gdzie sielskość opisywana przez Kochanowskiego niewiele się zmieniła przez wieki. Ale ten rodzaj sielskości mnie przerósł.
Jednak nie wieś w tym momencie była istotna, a to, że dotarłem prawie na miejsce. To w otaczającym ją lesie, leżał cel mojej wyprawy - Smocze Jajo. Wyostrzyłem zmysły, pozwoliłem uwolnić się mojej kociej zwinności i bacznie obserwowałem. Wiedziała smoczyca, gdzie jajo złożyć. Terenu do łatwych zaliczyć nie można, co boleśnie odczuł mój rower, jeszcze boleśniej moje nogi. Nie należę jednak do osób, które się łatwo poddają. Zacisnąłem zęby, wziąłem rower na plecy i rozpocząłem pieszą wędrówkę pod morderczą górę, namaszczoną od tamtego momentu moim potem i moją krwią. Lecz radości nie było końca, gdy u szczytu wzgórza, na leśnej polanie leżało ono - Jajo.
Smocze Jajo to największy na terenie gminy Dębnica Kaszubska głaz narzutowy. Wysoki na 2,25 metra, mierzący 13 metrów w obwodzie stanowi pomnik przyrody. Patrząc na niego, możemy sobie tylko wyobrażać, jak ogromną siłę stanowił lądolód, który tu go zostawił, prawdopodobnie raz na zawsze. Zdobyłem Smocze Jajo!
Energię, która mnie rozpierała, spokojnie można porównać do tej wytworzonej przez trzy elektrownie wodne. Była tak wielka, iż mimo ogromnego już zmęczenia, nie pozwoliła mi na powrót do domu. A że lubię sprawdzić coś doświadczalnie, za kolejny cel wyznaczyłem sobie zdobycie trzech elektrowni wodnych na Słupi. Jako pierwsza "przywitała" mnie elektrownia w Gałąźni Małej, największa na Słupi, o mocy 3 500 kW. Jest to elektrownia szczytowo-przepływowa, która wykorzystuje spadek wody 38,5 m. A widoki ze szczytu, mimo że ciągle znajdowałem się na Ziemi, były nieziemskie. Przede mną, w blasku zniżającego się słońca, roztaczał się wspaniały widok na Park Krajobrazowy "Dolina Słupi".
Wszystko, co dobre, szybko się kończy i trzeba było ruszać w dalszą drogę. Nikt jednak nie powiedział, że "dobre" nie może zacząć się od nowa. Trzymając się szlaku turystycznego, zajechałem nad brzeg Jeziora Konradowo. Trasa bardzo przyjemna, gdyż przebiega niedawno powstałą drogą pożarową. Przy niej co jakiś czas znajdują się zadaszone miejsca do odpoczynku i mapy terenu.
Następnie dotarłem pod samą elektrownię wodną w Strzegominie o mocy 2 310 kW. Do produkcji prądu wykorzystuje 12-metrowy spadek wody. Pracują w niej trzy turbozespoły.
Z racji późnej już godziny narzuciłem szybsze tempo i kilkanaście minut później byłem już w Krzyni. Wieś stanowi zaplecze rekreacyjne dla Słupska i okolic. Nie bez powodu- jezioro, plaża, lasy- czego chcieć więcej! Tuż po wjeździe do miejscowości moim oczom ukazała się trzecia z elektrowni. Posiada ona moc 830 kW. Została zbudowana w latach 1925-1926. Do spiętrzenia wody wybudowano zaporę ziemną o długości 220 metrów. W ten sposób powstał zbiornik retencyjny Krzynia. Chwila relaksu nad brzegiem jeziora i przyszedł czas na powrót domu.