MTB Marathon - Złoty Stok 2010 - relacja
Dystans: 51.5 km Miejsce startu:
Kategoria: Trudność: Wymagająca
Kolejna edycja Mtb Maratonu odbyła się w Złotym Stoku dnia 15 maja 2010. Po ostatnich ciągłych opadach deszczu wiadomo było, że na trasie będzie bardzo dużo błotka. W tym rejonie błoto utrzymuje się dosyć długo nawet jak nie ma deszczy.
Na szczęście w dniu startu nie padało i pogoda dała choć trochę odetchnąć maratończykom, chociaż w dalszym ciągu ich nie rozpieszczała – temperatura ok. 10 stopni, a miejscami na trasie była jeszcze niższa.
Miejsce startu ulokowane było w ryneczku, scena oraz elementy scenografii ładnie komponowały się między budyneczkami wokół ratusza. Punktualnie o godzinie 10.00 wystartował dystans Giga, o 11.00 startował mój dystans Mega. Nowością był start Mini o godzinie 11.30, co było strzałem w dziesiątkę ponieważ trasa Mega na początku prawie się nie korkowała.
Na kilkanaście minut przed startem dystansu Mega ustawiłem się w sektorze. Spiker powiedział, że na trasie panują trudne warunki i że mamy do pokonania 41km – co okazało się pomyłką, ale o tym później…
Po starcie rozpoczął się podjazd na Jawornik Wielki (na dystansie 8,5km ok. 500m przewyższenia). Opony Schwalbe Nobby Nic idealnie spisywały się w takich warunkach dobrze trzymały się podłoża, a błoto na trasie się do nich nie kleiło. Z Jawornika był błotny zjazd po paro centymetrowej warstwie błota przez którą nic nie było widać, ani kamienia czy korzeni. W tym miejscu jakiś kamień dostał mi się między szprychy a goleń amortyzatora i urwał czujnik od licznika. Z charakterystycznych elementów trasy to później był szybki zjazd po mocno ubitym szutrze przez kałuże, na którym organizm mocno się wychładzał. Na zakończeniu tego zjazdu niespodziewanie na trasie maratończyków stał walec, który zajmował 3/4 drogi. Błota na rowerze nazbierało się tyle, że przednia przerzutka nie chciała zrzucać na najmniejszą tarczę na podjazdach.
Za miejscowością Lutynia rozpoczął się podjazd pod Górę Borówkową od niezbyt stromego podjazdu gdzie była ustawiona premia Finish Line. Po lewej na hali pasły się owce, które głośno becząc nabijały się z rowerzystów całych w błocie :). Za plecami jak ktoś miał czas się odwrócić był ładny widok na góry. Ze szczytu Góry Borówkowej wzdłuż granicy polsko-czeskiej rozpoczął się zjazd na którego początku była sekcja trialowa po kamieniach, gdzie bardzo trudno było znaleźć jakąkolwiek ścieżkę przejazdy między nimi. W dalszej części był już to zjazd trudny techniczny, gdzie główną przeszkodą był śliskie korzenie, a nie błoto którego było tutaj mniej.
Na ostatnim bufecie jakbym miał sprawny licznik to zorientowałbym się, że z dystansem jest coś nie tak ponieważ nie był on ustawiony na 30km trasy tylko na 36km. Niedługo za bufetem zobaczyłem tabliczkę 5km do mety i ostro podkręciłem tempo, wielką niespodzianką było jak za parę kilometrów zobaczyłem identyczną tabliczkę 5km do mety, a zamiast mety był stromy podjazd. W pewnym momencie było słychać już metę (muzykę oraz głos spikera), ale trasa skręciła w przeciwnym kierunku w stronę lasu, gdzie czekał na nas ponad 6km błotny, wąski wykańczający singielek (trudne podjazdy i zjazdy po błocie). Końcówka trasy miała być prostsza od zeszłorocznej, która wiodła po trasie XC, ale w tym roku pojawiły się głosy że tegoroczna końcówka była nawet trudniejsza. Później szybki zjazd i upragniona meta.
Z 41km trasy zrobiło się ok. 51,5km, jedynie podane przewyższenia zgadzały się i wyniosły ok. 1800m.