Maratończyk na przełaju - część 1
Kategoria:
Kolarstwo przełajowe w ostatnim czasie bez wątpienia zyskało w Polsce na popularności. Coraz więcej osób próbuje swoich sił na zawodach, a przede wszystkim myśli nad wykorzystaniem roweru przełajowego w zimowym treningu. Czytając artykuły w kolarskiej prasie i portalach internetowych możemy wręcz odnieść wrażenie, że każdy poważnie myślący o treningu i ściganiu się powinien posiadać taki sprzęt. Tu możemy postawić pytanie, czy jest to jedynie nachalna propaganda merketingowców, czy rzeczywiście posiadanie roweru przełajowego ma uzasadnienie. A może okaże się kolejnym „fatbajkiem” którym dobrze jest się "polansować", a którego możliwości w 99% się i tak się wykorzysta?
Przez następne kilka zimowych miesięcy Łukasz Klimaszewski, zawodniki drużyny Mitutoyo DEMA Team, będzie miał okazję sam się o tym przekonać.
Pierwszy raz na przełaju
Od razu muszę przyznać, że z kolarstwem przełajowym nigdy nie miałem do czynienia, a jedyny rower tego typu na jakim miałem okazję siedzieć to ten, który dotarł do mnie kilka dni temu. Występuję więc z perspektywy kompletnego nowicjusza. Nie nastawiam się także w pierwszej kolejności na ściganie i wyniki sportowe. Od wielu lat jestem maratończykiem i tej dyscyplinie podporządkowuje treningi. Pragnę sprawdzić, czy przełajówka okaże się przydatna w zimowych przygotowaniach i czy przede wszystkim będę się dobrze bawić. W ciągu następnych tygodni postaram się zamieścić trochę wpisów, które mogą okazać się przydatne dla kolarzy zastanawiających się nad zakupem takiego roweru.
Dlaczego rower przełajowy?
Załóżmy, że mamy już rower MTB, szosę i jeszcze jakiegoś innego bajka – jaki jest sens kupowania kolejnego "grata"? Mnie do nabycia przełajówki przekonała jej wielofunkcyjność. Można jeździć nią zarówno w terenie, jak i na szosie. Z racji tego, że mieszkam „w puszczy” i w promieniu co najmniej 15 km mam same równinne lasy, warunki na przełaj są wręcz idealne. Aż szkoda było nie skorzystać! W końcu klimat mamy niezbyt sprzyjający i przez sporą liczbę dni w roku nie da się po prostu efektywnie trenować na szosie. Specjalnie zaznaczam, że trenować a nie jeździć, bo oczywiście można jakoś wytrzymać 3 godz. w ulewnym deszczu przy pięciu stopniach powyżej zera lub rzeźbić na oponkach 23 mm po oblodzonej szosie. Przerabiałem to przez kilka sezonów. W pierwszym przypadku zamiast treningu mamy jednak bardziej pokutę za ciężkie winy. W drugim próbę samobójczą. Liczę też na to że dzięki spędzeniu więcej czasu w trenie poprawię technikę i koordynację. Na szosie raczej jest z tym ciężko, a efekty widać potem na zwodach. Zamierzam też dla przyjemności wystartować w kilku zawodach przełajowych. Spodziewam się dobrej zabawy... i niezłego lania. Tyle w teorii. W ciągu najbliższych tygodni przekonam się, jak będzie w praktyce.
Pierwsza jazda
Zanim przełajówka do mnie dotarła, obejrzałem trochę filmików z serii „jak jeździć na przełaju”, aby zorientować się w ogóle o co w tym chodzi. Szybko zliczyłem zaoczny kurs internetowy zsiadania i wsiadania na rower, biegania z rowerem i przeskakiwania przeszkód. W terenie okazało się jednak, że z zajęć praktycznych nie mogę liczyć nawet na zaliczające "trzy na szynach". To, co na filmikach w wykonaniu doświadczonych zawodników wygląda banalnie, w praktyce nie jest takie proste. O ile wsiadanie i zsiadanie już wcześniej ćwiczyłem, o tyle z innymi elementami jest dość trudno za pierwszym razem. Trzeba będzie naprawdę sporo poćwiczyć aby wyrobić sobie koordynację.
Jeśli chodzi o samą jazdę na rowerze, to byłem autentycznie zaskoczony, że sprzęt z wąskimi oponkami z symbolicznym bieżnikiem, sztywnym widelcem i kierownicą typu "baranek" tak świetnie jeździ w terenie! Spodziewałem się niezłego rzeźbienia, gleby na każdym zakręcie i wytelepanego mózgu na nierównościach. Tymczasem rower idzie po leśnych ścieżkach jak dzik. Wąskie oponki świetnie wgryzają się w leśną ściółkę. Piasek i błoto pokonuje się zdecydowanie lepiej niż na rowerze mtb – rower jedzie po założonej linii przejazdu a nie pływa na boki. Wchodzenie w zakręty na poślizgu jest świetną zabawą! Aby nie było tak różowo, trzeba przyznać, że jazda jest jednak dość męcząca. Po trzech godzinach czuć ręce i barki. Cały czas trzeba amortyzować nierówności i dość mocno się spinać, aby wygrzebać się z głębokiego piasku czy błota. Jazda angażuje zdecydowanie więcej mięśni niż na szosie. Wystarczy kilka razy na przemian na maksimum jechać i biec, aby tętno bardzo szybko wzrosło a przed oczami pojawiły się mroczki.
Co do roweru Dema Scud 7.0, po kilku godzinach nie podejmę się napisania testu. Pierwsze wrażenie jest natomiast takie, że urzekła mnie praca nowej grupy Shimano 105. W szosie używam dość leciwej, lecz niezniszczalnej i sprawdzonej Ultegra 6600 3x10. W nowej 105, mimo że niższej grupie, praca manetek jest zdecydowanie lepsza. Biegi zmieniają się tak lekko i cicho, że zdarzało mi się klikać po kilka przełożeń zanim zorientowałem się, że łańcuch już jest na wymaganej koronce. Bardzo spodobał mi się także w pełni karbonowy widelec z piastą skręcaną ośką DT Swiss RWS.
Na pierwszą jazdę wybrałem czerwony szlak wokół Twardogóry. Bardzo polecam te okolice do jazdy na rowerze. Moje ulubione szlaki opisałem na profilu Traseo.pl Mitutoyo DEMA na Traseo.pl
Kolejne części opisujące moją przygodę z kolarstwem przełajowym niedługo.
autor: Łukasz Klimaszewski