Blog: Michalina Ziółkowska
O wyzwaniach, regeneracji i dziwnych kontuzjach, sezon 2025
Kategoria:
Rok temu w październiku tuż przed wschodem słońca wyszłam w Karkonosze. Niesamowity klimat dookoła sprawił, że w mojej głowie wyklarował się plan na następny sezon. Przygotuję formę na czerwcowe Mistrzostwa Europy w Maratonie MTB i zostanę we Włoszech na HERO World Cup Südtirol Dolomites, a potem jeszcze przejadę etapówkę AlpenTour Trophy. Prawie 3 tygodnie wielkiego ścigania w prawdziwych górach!
Wyzwania, plany i powrót do źródła
Kolarstwo MTB trenuję od kilkunastu lat. Za mną wiele sezonów, także tych z sukcesami w Elicie Kobiet: 8m w Mistrzostwach Świata i Europy w Maratonie MTB oraz 2 Mistrzostwa Polski w Elicie Kobiet. Miałam okazję jeździć w takich klubach jak KTM Racing Team, Kross, Volkswagen Samochody Użytkowe MTB Team, CST 7R. Współpracowałam z przynajmniej 3 trenerami o odmiennych filozofiach treningu. Ostatnie lata jednak tak się potoczyły, że postanowiłam wrócić do starego projektu „Czas na rower!” oraz zagłębić się sztukę trenowania samej siebie. W połowie sezonu z produkcji wyszły nowe stroje z połączeniem idealnym: rower i góry!

Od zawsze napędzały mnie wielka miłość do gór, MTB i chęć stawiania sobie wyzwań. Przygotowanie planu na sezon i wcielenie go w życie nie stanowiło dla mnie większego problemu. Motywacje do uprawiania sportu mam w genach, nikt nie musi mnie namawiać, żeby spędzać czas aktywnie na powietrzu. Trening od zawsze był dla mnie czymś ważnym. Zapomniałam w tym wszystkim jedynie, jak istotna jest regeneracja. W tym sezonie przekonałam się, że ignorowałam ją przez większość swojego życia.
Cztery pory roku na Ślęży i mocne przygotowania
To wyjście w góry przypomniało mi o tym, jak wczesne treningi przed pracą sprawiały mi kiedyś dużo radości. Rano głowa jest otwarta na wyzwania, a ciało szybko podąża za tym, co się wcześniej dokładnie zaplanuje. Pomyślałam, że świetnie byłoby spędzać więcej czasu w terenie na Masywie Ślęży, żeby przygotować się na taką ilość podjazdów. Potrzebna mi też była solidna baza tlenowa. Będąc już wcześniej na każdym z zaplanowanych wyścigów, wiedziałam, że muszę być gotowa na ok. 4-5-godzinne maratony. Poza tym w terenie, zwłaszcza zimą, czas mija szybciej i lepiej się znosi niskie temperatury czy uporczywe wiatry. Tam zawsze coś się dzieje i zmienia, w przeciwieństwie do nudnej szosy.
Mieszkając pod Wrocławiem, mam na tyle dobre warunki pogodowe, że mogę spokojnie jeździć cały rok. Plan szybko wcieliłam w życie. Dolnośląskie Koleje ułatwiały mi szybki transport do Sobótki, dzięki czemu mogłam trenować na wymagających ścieżkach Ślęży i Raduni. Zimą, gdy dzień zaczynał się późno, na peronie witały mnie wschody słońca.

W terenie warunki zaskakiwały mnie praktycznie za każdym razem. Była piękna jesień, sroga zima ze śniegiem, ale też i piękne słońce jak w lecie, wszystko przeplatała pełna kolorów wiosna. To nawet były sprzyjające okoliczności, gdyż w maratonach MTB trzeba być gotowym na każdą pogodę.


Tydzień po tygodniu nawarstwiało mi się zmęczenie, czułam że, jestem na granicy, ale treningi w okresie zimowym właśnie takie u mnie są.
Pierwsza kraksa na drodze do wielkiego planu
Wiosną udało mi się złapać trochę świeżości. Dwa zwycięstwa w pierwszych majowych wyścigach w górach: Szklarska Poręba (Bike Maraton) i Głuszyca (Grand Prix Strefy MTB Sudety) napawały mnie optymizmem. Na podjazdach czułam, że czas spędzony zimą na Ślęży dużo mi dał, ale nie byłam pewna czy przygotował mnie na dużo większe góry.
Zaczęłam poprawiać plan i dokładać jeszcze coś więcej. Dwa tygodnie przed Mistrzostwami Europy podczas ostatniego kontrolnego wyścigu, miałam fatalny upadek na szutrowej ścieżce. Zdarta skóra na nodze i ręce były tylko początkiem tego, co nastąpiło później.
Zmęczenie zamiast formy sezonu
Moje zmęczenie narastało stopniowo. Będąc środku tego procesu, trudno jest wyczuć, że coś jest nie tak. Brnęłam w to dalej, a problemy sprawiły, że przestałam myśleć racjonalnie i trzymać się planu. Podczas tych dwóch tygodni, zamiast pozwolić ranom się zagoić i zredukować obciążenie, działałam chaotycznie i w dużym stresie.
Kiedy pojechaliśmy do Włoch, czułam się wyjątkowo dziwnie. Nie miałam energii ani spokoju. To były symptomy zmęczenia, a kiedy organizm jest zmęczony, dzieją się bardzo dziwne rzeczy.

Miałam świadomość, że w tym stanie nie pojadę wyścigu życia. Jednak znacznie gorsze było to, że wszystko odczuwalnie było dużo trudniejsze, a reakcje mojego organizmu opóźnione. Na zjazdach brakowało mi luzu, wszystko było usztywnione i napięte. Na podjazdach nie miałam energii, bo mięśnie były obolałe i przymulone.
Gałąź w ręce, antybiotyk i wyczerpanie
Nawet nie zauważyłam, kiedy zahaczam ręką o wystającą gałąź drzewa, a wszystko się działo na szerokim szutrowym zjeździe. Nagle znalazłam się na ziemi, dosłownie wystrzeliło mnie z roweru. W pierwszej chwili pomyślałam, że mam szczęście, bo nic sobie nie zdarłam, a rower jest cały. Odruchowo na niego wskoczyłam i wtedy zobaczyłam, że w moim przedramieniu tkwi kawałek drewna. Była krew, ból, a mój wyścig zakończył się na pogotowiu. Wyjęto mi głęboko wbite drzazgi i zszyto ładnie ranę. Dostałam solidną dawkę środków przeciwbólowych i niestety musiałam też przyjmować antybiotyk.

Wiedziałam, że w Dolomitach nie wystartuję, ale cały czas chodziła mi po głowie myśl, żeby zostać w Austrii na etapówce. Niestety pomysł okazał się fatalny. Co prawda ból się zmniejszał z każdym dniem i po 10 dniach jakoś mogłam wjechać w teren, ale to właściwie było wszystko, co mój organizm mógł jeszcze znieść. O prawdziwej rywalizacji nie było mowy.
Jak odbudować formę?
Wróciłam do domu jak wrak człowieka, a nie sportowiec. Zaczęłam analizować plan i dotarło do mnie, jak wiele błędów popełniłam. Potrzebowałam odpoczynku i jakiegoś bodźca.
Był koniec czerwca, czyli dokładnie środek sezonu. W ostatni weekend sierpnia w St. Vigil zaplanowany był Kronplatz King Marathon. Pomyślałam, że to może być cel. Szybko chciałam wracać do treningów, bo przecież jeszcze nie przejechałam żadnego solidnego wyścigu! Nie było za wiele czasu, formy też nie było, a trzeba było przejść cały ten proces odbudowy.
Ale odpoczniesz? - dobre pytanie od fizjoterapeutki
Musiałam słabo wyglądać, skoro mechanik rowerowy polecił mi pójść na wizytę do fizjoterapeutki Iwony Lemanik. Pomyślałam, że w mojej sytuacji może mi nawet pomóc. I pomagało! Dopiero te wizyty uświadomiły mi, że w całej tej pogoni za formą, zupełnie ignoruję regenerację!
Był czwarty tydzień bloku treningowego, początek tygodnia regeneracyjnego. W głowie pojawiła mi się myśl, że skoro chodzę do fizjoterapeutki, to mogę szybciej wrócić do intensywnych treningów. Jedno pytanie Ale odpoczniesz, przynajmniej do weekendu?
sprawiło, że zmieniłam zdanie, chociaż przyszło mi to z trudem. Różnica była ogromna, organizm się zregenerował, wróciła energia. Zaczęłam słuchać Iwony i za każdym razem odpoczynek sprawiał, że treningi szły lepiej. Była świeżość, radość i luz.
Wtedy dopiero dotarło do mnie, że trening to sztuka odpowiedniego łączenia treningu z regeneracją. Dokładanie kolejnych treningów bez odpowiedniego czasu na adaptacje nie ma szans powodzenia. Niby takie oczywiste, a jednak trudno mi było to realizować.
Góry znów są piękne - Kronplatz, Sallbach
Dwa miesiące treningów fizycznych, świetna robota Iwony i przy okazji jej pomoc w mentalnej odbudowie wystarczyły, żeby odżyć na koniec sezonu i znów poczuć chęć ścigania w pięknych górach. Wjazd na Kronplatz był już zupełnie inny niż w czerwcu. Góry stały się dobrym wyzwaniem, a nie walką o przetrwanie!

Tydzień później miałam trochę szczęścia, że mogłam razem z Anią ze Ski&Bike House wybrać się na Saalbach World Games, gdzie mieliśmy jeszcze więcej podjazdów!

HERO World Cup La Tramun Sea Otter Europe na zakończenie
Wszystko składało się płynnie w całość i podjęłam decyzję o starcie w ostatnim Pucharze Świata w Maratonie MTB w Hiszpani. Słynny LaTramun, gdzie prawie cała trasa to singletracki był prawdziwym wyzwaniem! Trasa liczyła ok 80 km, a suma przewyższeń przekraczała 3 tys. metrów. Jednak nie były to już alpejskie szutry, ale trudne technicznie i skaliste ścieżki. Ulewy, jedna po drugiej, jakie tego dnia nam towarzyszyły, jeszcze podniosły poprzeczkę. To był najtrudniejszy maraton, w jakim brałam udział i chyba najdłuższy, bo zajął mi ponad 7 godzin!

Jednak droga od czerwca do września, jaką przebyłam w tym czasie, to było coś dużo trudniejszego.
Jak się okazało później, jeszcze nie do końca nauczyłam się sztuki odpoczynku!
Nie da się odpocząć "na niby", organizm sam ci to powie
LaTramun zakończył mój sezon startowy. Okres od lipca do połowy września był niezwykle intensywny. W krótkim czasie udało mi się zbudować coś z niczego na tyle, na ile było to możliwe. Czułam wyczerpanie fizyczne i mentalne całym splotem wydarzeń minionego sezonu. W głowie ciągle tkwiła mi jedna myśl: "muszę odpocząć". Ciągle jednak coś robiłam, spontaniczne wypady na MTB, jazda rowerem po mieście, siłownia, trekking, koszykówka.

Nie chciałam spędzać całego dnia przy komputerze, ale jednocześnie mój organizm nie mógł złapać oddechu. W końcu coś musiało mnie zatrzymać. To miała być tylko wieczorna gra w koszykówkę, ale dla mnie skończyła się na pogotowiu. Skręciłam kolano, zerwałam więzadło i nie byłam w stanie zrobić kroku.
Kiedy pierwszy raz zerwałam więzadło, usłyszałam od lekarza "Daj sobie spokój ze sportem!". Tak byłoby najłatwiej. Ale w życiu nie o to przecież chodzi. Czasami po prostu trzeba iść pod górę! A ja uwielbiam góry!!!
Jest środek listopada, do czerwca 2026 jest jeszcze dużo czasu. Na razie skupiam się na powrocie do zdrowia!
Na koniec cały sezon w migawkach.