Blog: Michalina Ziółkowska
Maratony MTB w górach - Riva del Garda i Harrachov, dwa różne wyzwania
Kategoria:
Maj to idealny czas, by z płaskich i szybkich wyścigów przejść do znacznie bardziej ambitnych wyzwań, jakimi są górskie wyścigi MTB. Kilometry w górach mijają zdecydowanie wolniej niż na płaskim terenie, głównie za sprawą wymagających podjazdów. Zjazdy z kolei nie zawsze pozwalają na złapanie oddechu — często wymagają zaawansowanych umiejętności technicznych, by pokonać je płynnie i szybko.
W górach nie liczy się tylko kondycja fizyczna, ale także odpowiednie nastawienie mentalne. Wielokilometrowe, strome podjazdy uczą cierpliwości i pokory. Potrzebna jest determinacja i wytrwałość. Prędkości na zjazdach różnią się diametralnie od tych na płaskim terenie, a sypkie szutrowe podłoże, kamieniste single czy pełne korzeni górskie ścieżki, wymagają świetnego czucia i pełnego zgrania z rowerem.
Moje wcześniejsze starty w łatwiejszym terenie (po kontuzji kolana) pozwoliły mi odzyskać pewność, że noga dobrze pracuje, reaguje na wysiłek i jest gotowa na kolejny krok. Najbliższe wyścigi zapowiadały się na znacznie dłuższe – przeskok z 3-3.5 godzin na około 5, mimo że dystanse pozostawały podobne (około 80 km).
Alpy i Sudety - dwa różne światy
Góry są wyjątkowe i każde pasmo ma swój unikalny charakter. Tak samo jest z maratonami MTB — trzeba być przygotowanym na inne wymagania.
Wielokilometrowe podjazdy, po kilkaset metrów w pionie, czasem ponad tysiąc metrów na raz - to jest coś, co wyróżnia alpejskie maratony. Nawierzchnia zwykle jest szutrowa, utwardzona, ale nachylenie często utrzymuje się powyżej 10 %. W Sudetach jest dużo więcej krótszych podjazdów na 100, 200 metrów, choć czasem zdarzają się też takie na 500 m, natomiast podłoże bywa bardzo zróżnicowane.
I to daje nam tę sumaryczną różnicę: 3 400 m do 2 000 m (nawet przy mecie ulokowanej wyżej o ok. 250 m niż start na polsko-czeskim wyścigu). Mniej przewyższeń wcale nie oznacza, że wyścig jest łatwiejszy.

W Alpach częściej napotkamy długie, szutrowe zjazdy, które sprzyjają wysokim prędkościom i w moim odczuciu przeważają. Są one przeplatane bardzo trudnymi technicznie sekcjami, często o dużym spadku i to mocno kontrastuje z ogólnym charakterem tych wyścigów.
W Sudetach można się spodziewać kamieni, korzeni i dużo zmian terenu, co wymusza bardziej szarpane tempo i większą dynamikę. W ostatnich latach w rejonie powstało wiele singletracków zaprojektowanych pod MTB, które mimo wszystko zachowują kamienisty charakter tych gór.
Oba wyścigi (na najdłuższych dystansach) wpisane były do kalendarza UCI — odpowiednio Class 1 i 2, dzięki czemu można było liczyć na dobrą organizację, większe zainteresowanie oraz rozdzielone starty elity kobiet i mężczyzn. Od samego startu wiadomo było, kto z kim się naprawdę ściga.
Alpy, Bike Marathon Garda Trentino, Ronda Extrema, 83 km, + 3,400 m
Riva del Garda to świetne miejsce na majówkę. Położone tuż nad przepięknym jeziorem Garda, które wcina się między strome zbocza gór.

Kiedy wyższe partie Alp są jeszcze pokryte śniegiem, w tej części (Południowe Alpy Wapienne) można już spokojnie szaleć na rowerze MTB, czy to przy samym jeziorze, czy na górskich szlakach wokół niego. W pierwszych dniach maja odbywa się tam od ponad 30 lat legendarny Bike Marathon i wielki festiwal rowerowy.
Ronda Extrema to konkretne wyzwanie. Start jest wcześnie rano i mimo że Riva del Garda leży ledwie kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza, to o tej porze roku można liczyć na kilka stopni Celsjusza. O ciepło jednak nie musimy się martwić, gdyż zaraz po starcie czeka nas podjazd liczący niemal kilometr w pionie! Dalsza część trasy biegnie już powyżej tysiąca metrów, więc słońce bywa mile widziane i akurat w tym roku od rana pięknie wznosiło się na niebie.
Po dotarciu na górę czeka nas szybki, techniczny zjazd w terenie, który w końcówce przechodzi w jeszcze szybszy szuter i asfalt. Ta część jest mocno zacieniona, więc szybko nabiera się ochoty na kolejny rozgrzewający podjazd. I tu się nie zawiedziemy się, bo betonowe płyty mocno dadzą się we znaki. Na szczęście ten wysiłek doprowadzi nas z powrotem w cieplejsze, nasłonecznione rejony.
Środkowa część jest bardziej różnorodna. Pojawia się trochę singli, krótszych podjazdów oraz przynajmniej dwa konkretne zjazdy, gdzie można mocno poszaleć - o ile dobrze się rozumie z rowerem.
Ostatni podjazd jest już w pełnym słońcu. Jego trudność polega głównie na tym, że zaczyna się po ponad 65 kilometrach w nogach i od mocnego pionu.

Na zjeździe do mety czeka nas jeszcze jedna bardzo wymagająca sekcja, gdzie korzenie i kamienie przeplatają się w stromej rynnie. Końcowe kilometry biegną już szutrami i asfaltami, z których roztacza się piękny widok na jezioro oraz miasteczko.
Meta po takim wyścigu cieszy ogromnie. Wczesny start ma swoje plusy – pozwala na zasłużony relaks. Niezwykle klimatyczne położenie nad samym jeziorem temu sprzyja, pogoda też, a przed nami wciąż spora część dnia.

Sudety, Best Prima Cup Harrachov - Jakuszyce, A-Giga, 79km, +2,000 m
Harrachov to czeskie miasteczko turystyczne położone trochę powyżej 600 m n.p.m. u stóp Čertovej hory. Może się bardziej kojarzyć ze skokami narciarskimi i mamucią skocznią, ale to także świetna baza pod MTB. Właśnie tam zlokalizowano start wyścigu. Po honorowym przejeździe przez miasteczko wjechaliśmy w teren. Utwardzonymi drogami minęliśmy granicę i przemknęliśmy przez Jakuszyce, gdzie mieliśmy finalnie dotrzeć za jakieś kilkadziesiąt kilometrów poprowadzonych już po polskiej stronie gór.

Jeśli ktoś pamięta legendarne czasy maratonów MTB Grzegorza Golonki, to czeski Prima Cup idealnie oddaje tamtejszy klimat. Najdłuższy dystans (odpowiednik Giga na Bike Maratonie) to jedna wielka pętla, gdzie umiejętności techniczne są dużym atutem.
Po wjeździe do Jakuszyc trasa zaczęła nabierać właściwego charakteru. Singiel "Numer 14", prowadzący pod Wysokim Kamieniem i przez Zakręt Śmierci w stronę Piechowic, potrafił zweryfikować każdego.
Dalej czekały słynne "Olbrzymy" (w tym Rokitnik, Skarbek, Zmora, Doppler). Nasycenie głazami mocno dawało się w kość, zwłaszcza na hardtailu, bez tylnej amortyzacji.
Po nich przyszedł czas na krótki, sztywny podjazd i leśną ścieżkę, która doprowadziła nas do finałowej wspinaczki w stronę Jakuszyc (około 20 km przed metą). Tam klimat się zmienił na bardziej alpejski – pojawił się szeroki szuter, choć nie tak stromy i długi jak w Rivie. Ok. 400 metrów wyżej trasa zbliżyła się do Szklarskiej Poręby i znów zrobiła się interwałowa i bardziej urozmaicona włączając w to jeszcze krótkie singletracki.
Meta czekała na Polanie Jakuszyckiej, znanej głównie z narciarstwa biegowego. Tego dnia była to jednak stolica kolarstwa górskiego!
Każdy maraton w górach to inna historia, ale tam właśnie bije serce MTB i to jest całe piękno tego sportu!