Blog: Michalina Ziółkowska
KronplatzKing - mocny początek drugiej części sezonu i trudna sztuka odpoczynku
Kategoria:
Kronplatz King, epicki MTB Maraton z metą na 2275 m we włoskich Alpach. Łącznie 3 tysiące przewyższeń na dystansie 60 km ze startem w klimatycznej wiosce San Vigilio to było moje mocne wejście w drugą połowę sezonu. Największym wyzwaniem był krótki czas — zaledwie trzy tygodnie — jaki dzielił ten wyścig od zakończenia wyczerpującego Alpentour Trophy.
4 dni bez roweru i zabawa na Rychlebach
Po powrocie z etapówki czułam kompletne wyczerpanie. Minęło prawie 9 miesięcy, odkąd rozpoczęłam rehabilitację prawego kolana po zerwaniu ACL. Płynnie wróciłam do treningu, co poprzedziło moje pierwsze starty po przerwie, by w końcu budować formę na czerwcowe alpejskie wyzwania - Puchar Świata w Dolomitach i Aplentour Trophy.
W moim planie był tydzień tzw. transition, czyli czas bez myślenia o treningach i z nastawieniem na pełny odpoczynek. Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy nie wsiadałam na rower 4 dni z rzędu – zazwyczaj to poważne kontuzje wymuszały na mnie taką przerwę.
Tym razem organizm sam upominał się o odpoczynek. Zmęczenie nie chciało odpuścić, a trzeciego dnia ledwo stałam na nogach. Przez chwilę pomyślałam, żeby wsiąść na rower i spróbować to „rozjechać". Wiedziałam jednak, że nigdy nie kończyło się to dobrze.
Pomyślałam, że może w końcu po prostu zaufam swojemu ciału i dam mu to o co prosi – odpoczynek. I to był ten moment, kiedy w końcu wrócił dobry sen, a kolejny dzień przyniósł znacznie więcej energii.
Czysta radość z jazdy
W głowie zrodził się pomysł na Rychlebskie Ścieżki. Pomyślałam, że to idealny moment, żeby przypomnieć sobie czym jest czysta radość z jazdy na rowerze. Sobota wpisywała się idealnie w ten plan. Choć był to jeden z najgorętszych dni w roku, na skrytych w lasach, tuż przy górskim strumieniu, singletrackach Rychlebów panował rześki chłód. Nogi na pełnym luzie kręciły pod górę, by móc później poczuć ten piękny flow na zjeździe.
To była czysta zabawa – czyli coś, co tak często umyka nam przez codzienną presję treningów i nadchodzących wyścigów.

Niedziela była znów dniem wolnym, po to by te dobre odczucia z dnia poprzedniego mogły w spokoju zakodować się w mojej podświadomości. Chciałam wejść w nowy tydzień na luzie i z pełną gotowością.
Nie przyszło mi to wszystko jednak tak łatwo.
Trudna i żmudna nauka odpoczywania
Odpoczywanie nigdy nie było moją mocną strona, a seria kontuzji w ostatnich latach dobitnie mi to uświadomiła. Dzięki pracy z osteopatką Iwoną Lemanik zaczęłam stopniowo zmienić swoje podejście — choć ta nauka przychodziła bardzo opornie. To właśnie wtedy zaczęłam doceniać znaczenie regeneracji, o którym pisałam pod koniec zeszłego sezonu.
Z czasem zrozumiałam prostą zasadę:
Trening to tylko potencjał do poprawy. Forma rośnie wtedy, kiedy organizm ma czas na adaptację – czyli świadomie włączamy odpoczynek i pozwalamy tkankom się odbudować.
Rehabilitowane kolano było w moim największym nauczycielem cierpliwości i czytania sygnałów wysyłanych przez organizm. Tygodnie recovery na stałe wpisały się w mój plan przygotowań – szczególnie po wymagających blokach treningowych.
Wyścig kontrolny i przełamanie serii upadków
Maraton z cyklu Puchar Strefy MTB Sudety w Lubachowie miał być przede wszystkim solidnym treningiem przed wyjazdem do Włoch. Wynik schodził na dalszy plan – najważniejsze było zachowanie chłodnej głowy i pewna jazda na zjazdach.
Jeszcze przed startem ostrym czekała nas niespodzianka. Podczas przejazdu za quadem część zawodników pogubiła trasę, przez co start opóźnił się o blisko pół godziny. Jakiś czas temu taka sytuacja pewnie mocno wyprowadziłaby mnie z równowagi. Tym razem po prostu spokojnie czekałam.

Kiedy w końcu wystartowaliśmy, lekka mżawka na zjazdach przypominała mi o niedawnej kraksie w Dolni Morava. Tym razem nie ryzykowałam – jechałam płynnie i z pełną kontrolą po śliskich kamieniach i korzeniach. Każdy kolejny kilometr powoli gasił wszelkie obawy, które jeszcze kłębiły się w mojej podświadomości.
A podjazdy pod Wielką Sowę – pokonywane na pełnym, wyścigowym luzie – były czystą przyjemnością i pozytywnie nastroiły mnie przed wyjazdem w Alpy.
Kronplatz Maraton, który nie wybacza gorącej głowie
Po niedzielnym maratonie w Sudetach najważniejsze było jedno – odzyskać świeżość przed startem w Alpach. Plan zadziałał bardzo dobrze i w czwartek, podczas treningowego zapoznania z rundą na Piz de Plaies nogi czuły się doskonale. Piątek tradycyjnie wykorzystaliśmy na lekką przejażdżkę malowniczą doliną Tamersc wzdłuż strumyka St. Vigilbach i ostateczne przygotowanie przed sobotnim startem zaplanowanym na 8 rano.
Poranek przywitał nas przyjemnym chłodem po nocnej ulewie. Na starcie było w sam raz przed zapowiadającym się upalnym dniem. Świeżość w nogach sprawiła jednak, że zupełnie zapomniałam, że alpejskie podjazdy wymagają wyrachowania i cierpliwości.
Ruszyłam w tłumie i startowym szaleństwie kompletnie bez głowy, przez co dosłownie odbiłam się jak ping-pong od stromej ściany w połowie pierwszego podjazdu (ponad 700 m). Fala zmęczenie zalała mnie błyskawicznie – najwyraźniej jego resztki z poprzedniego miesiąca nadal gdzieś głęboko tkwiły w moim organizmie. To niezwykle trudne uczucie, kiedy największą walkę toczy się we własnej głowie.
Szalony zjazd singlem z Piz de Plaies pozwolił mi złapać trochę oddechu, ale krótka runda do Tamersc z bardzo szarpanym nachyleniem znów wyssała mnóstwo energii. Wizja ponad 1000-metrowego podjazdu na Kronplatz zaczeła rysować się bardzo przytłaczająco.
I to był przyszedł ten moment, żeby przestać walczyć i pozwolić nogom robić swoje.
Jadąc kolejne kilometry pod górę po tych alpejskich ścianach, zaczął w końcu wracać rytm i spokój. Zmęczenie narastało, ale głowa w końcu się uspokoiła, a wszystko, co wypracowałam przez ostatnie miesiące, ciągnęło mnie w górę zakręt za zakrętem. Frustracja się rozpłynęła i jazda znów nabrała sensu.
Alpejski klimat znów był tym, czym zawsze – czystym sportowym wyzwaniem.

Te piękne góry nie zasługują na złość
I choć czas na mecie nie był tym, który chciałam zobaczyć, tym razem ważniejsze było coś zupełnie innego.
Będąc już na szczycie, przez chwilę w kółko analizowałam ten suchy wynik i gdzieś po drodze umykała mi cała reszta. Przecież za mną były 4.5 godziny trudnej walki w wysokich Aplach – wyzwanie samo w sobie, które zasługiwało na docenienie.

Monumentalny widok ze szczytu szybko pozwolił mi wyrzucić z siebie całą złość i frustrację z pierwszej połowy wyścigu. A następnego dnia luźna przejażdżka wśród tych wspaniałych szczytów całkowicie zmieniła moje spojrzenie na ten start.
W sporcie nie chodzi o to, żeby nieustannie toczyć walkę ze sobą, ale o to, aby znaleźć luz i wejść w swój własny flow. Dopiero wtedy, z wolną głową, można otworzyć się na coś znacznie większego.
I chyba tego właśnie nauczyły mnie ostatnie tygodnie. Czasem kilka dni bez roweru może dać więcej niż kolejny trening - bo pozwala wrócić do tego, co w MTB jest najważniejsze.
Komentarze do 'KronplatzKing - mocny początek drugiej części sezonu i trudna sztuka odpoczynku'