Mitutoyo MTB Team na Harpaganie
Kategoria:
Harpagan – brzmi zagadkowo. A co to jest dokładnie? To Ekstremalny Rajd na Orientację – w wersji zarówno pieszej jak i rowerowej lub połączone obie te aktywności. Drużyna Mitutoyo AZS Politechnika Wrocławska była reprezentowane na tej imprezie przez Basię i Bartka Krzyśko. 46. edycja Harpagana odbywała się w dniach 18-20 października 2013 . O swoim starcie w obszernej relacji pisze właśnie Basia, która pokonała trasę rowerową 200 km, zajmując doskonałe 2. miejsce spośród wszystkich kobiet! Doskonale zaprezentował się także Bartosz Krzyśko, który na trasie mieszanej (50 km biegu + 100 km roweru) zajął 2. miejsce i zaliczył wszystkie punkty kontrolne.
Specyfika Rajdów na Orientację przewiduje, że wygrywa ten, który zaliczy jak najwięcej Punktów Kontrolnych (PK) w jak najkrótszym czasie. Miano Harpagana otrzymuje ten, który odwiedzi wszystkie PK na danym dystansie w określonym limicie czasowym. Co ciekawe, na dystansie TR200 nie udało się to żadnemu z blisko 200 uczestników. Natomiast na dystansie TM150 dokonały tego 3 osoby spośród blisko 30.
Pobudki przed 6 zawsze bolą, ale gdy wiesz, że o 6:30 musisz już być na starcie, gotowa, skupiona i przygotowana na 12h kręcenia sam fakt wstania wydaje się być mało istotny.
Wstaję, rozglądam się- ludzie na sali gimnastycznej gdzie spaliśmy też już szykują się na trasę, obok mnie ktoś chrapie - to Bartek. Najwidoczniej udało mu się zrobić etap pieszy znacznie przed czasem. Czas się zbierać. Inni zawodnicy mówią, że jest bardzo zimno. Nie wierzę im, dopóki nie wychodzę. Temperatura znacznie poniżej 0. Żałuję, że nie założyłam na siebie jeszcze jednej warstwy (bo nauczona doświadczeniem z dwóch poprzednich lat, zawsze po 9 robiło się za ciepło). Jadę na start jakieś 300 m, w czasie jazdy ostro targa mrozem. Myślę sobie, że jeszcze tylko godzina i będzie już jasno, a za dwie powinno zacząć robić się cieplej.
Przyjeżdżam lekko spóźniona na start - wszyscy już mają mapy i opracowują wariant. Biorę swoją, patrzę i pierwszy raz "nie widzę" optymalnego wariantu, a raczej widzę milion możliwości na zaczęcie zbierania punktów. Ewidentnie trasę stworzył artysta (w tym wypadku Karol K.) a nie typowy ścisłowiec (jak na dwóch poprzednich edycjach - Bartłomiej B.) Wybieram wariant z serii "zacznijmy od najgorszego" czyli zaczynam od punktu 17 po drugiej stronie Wisły. Odliczanie i startuję sama.
Jest mgła - słaba widoczność plus wrażenie mokrego ubrania plus okropnie przeszywające zimno. Zastanawiam się od czego mam białe rękawiczki, rękawki i nawet nogawki- to szron, jest wszędzie! Im bliżej Wisły (czyli mojego kierunku) tym gorsze warunki. Na szczęście na asfalcie dogoniłam kilka osób i przewiozłam się im na kole aż za most. Przez mgłę nie wiedziałam, w którym momencie przejechałam przez Wisłę. Wszyscy uderzają na punkt 9 lub 10, więc samotnie odbijam na południe w kierunku 17. Przed samym zjazdem z asfaltu w las dojeżdżam do pana, który już szuka tego punktu i nie może go namierzyć. Szukamy razem. Po chwili dojeżdżają jego koledzy i tak 8 osobową grupą błąkamy się po lesie poszukując 17. W tym momencie nie czuję tej mapy, tej skali. Tracimy dużo czasu, znajdujemy punkt! Próbuję go podbić i z wyziębienia dostaję "epilepsji", ledwo trafiam do chipem do puszki. Wsiadam na rower, dziwnie się kręci drżącymi nogami. Odjeżdżam z punktu z moimi chwilowymi kompanami, droga zamiast pociągnąć nas do asfaltu robi się coraz węższa, coraz mniej przejezdna, a na jej końcu - Wisła! Dojechaliśmy na tereny zalewowe i nie pozostało nam nic innego jak spróbować przebić się "na północ". Prowadzimy rowery, zamarznięte wcześniej dłonie zaczynają odmarzać, ból niesamowity - ściągam rękawiczki, siadam na ziemi, zostaję sama. Myślę, że umrę - zrobiłam dopiero jeden punkt, straciłam na niego mnóstwo czasu, zamarzłam, odmarzłam, wszystko mam mokre i w ogóle nie robi się cieplej.
Zaciskam zęby i stwierdzam, iż niegodnym byłoby się poddać przed śniadaniem. Wynajduję magiczną drogę przez cudze podwórko i jakimś cudem dojeżdżam do asfaltu. Zjadam Snikersa i od razu lepiej mi się jedzie (hasło reklamowe "Zjedz snikersa, bo jak jesteś głodny to zaczynasz strasznie gwiazdorzyć" wydaje mi się być na miejscu).
Dalej jadę jak po sznurku - punkty proste nawigacyjnie, dużo asfaltu - zaliczam 9 i 10, chcę przejechać do 6, ale na mapie jest zaznaczone, że nie ma mostu. Muszę wracać do tego którym przyjechałam - nie będę się porywać z rowerem na Wisłę. Nadal jest mgła, nadal jest bardzo zimno i dochodzi ostry wiatr. Po podbiciu 6 decyduję się pojechać na punkty w lesie, żeby uciec od tej wilgoci i wiatru. Kilka minut tracę nawigacyjnie na 8 i trochę więcej na 14, ale nie ma tragedii. Jadąc na 18 mijam panów, z którymi byłam rano na 17. Punkt 18 znów jest nad Wisłą, a pogoda tam niewiele się zmieniła. Następnie kieruję się na 4, bo wiele osób mówiło, że ją sobie odpuszcza, dlatego jak ją wezmę, będę jeden punkt do przodu. Ten punkt jest banalny nawigacyjnie, a dołożyłam ok. 6-8 km żeby go wziąć. Jadę po asfaltach, dużo po polach - przydałby się ktoś na zmiany, niestety jadę sama.
Kolejne punkty to: 20 (robi się coraz cieplej), 12 (tu trochę tracę, bo źle spojrzałam na mapę), decyzja pojechać szybko na 2 (tu noga zaczyna wyjątkowo dobrze podawać), 16 (na podjeździe nawet się pocę), 15 (spotykam pana serwisanta z rowerowego i potem jedziemy razem) zgarniamy po drodze 3.
Jest ok. 17:30, więc do limitu czasu została godzina. Szarpię się z myślami czy nie zrobić jeszcze 1. Niby czas mam, niby jest prawie po drodze, ale... jeżeli nie wejdę na nią na czysto, jeżeli noga przestanie podawać lub stanie się coś na trasie i spóźnię się kilka sekund lub minut to kara będzie znacznie większa niż to co mogę ugrać zbierając ten punkt. A wiem, że jadę na całkiem przyzwoitej pozycji. Odpuszczam. Jadąc na metę motam w mieście i zamiast bezpośrednio wjechać na metę przejeżdżam przez cały Kwidzyń (ot, tak turystycznie) i podbijam finish 30 min przed limitem czasu.
Radość i satysfakcja są, żal do siebie trochę też (myślałam że zrobię trochę więcej, ale przy tych warunkach pogodowych nie szło jechać szybciej). Pobiłam swój zeszłoroczny rekord, pojechałam przyzwoicie, jestem z siebie zadowolona. Dodatkowo zajęłam drugie miejsce wśród kobiet. Z tego co się dowiaduję to nikt nie zrobił całego Harpagana na tej trasie - TR200 (20 punktów na 200 km w 12h). Za to Bartkowi udało sie zrobić trasę mieszaną 50 km biegu i 100 km roweru! Za to ogromny szacun!
Autorka relacji: Barbara Krzyśko
Jeszcze kilka słów od Bartka:
Teoretycznie 150km (50 km biegiem + 100 km rowerem) , u mnie 182,8 km (52,8 + 130) i 2200 m przewyższenia -> Harpagan zdobyty po 15h. Dzięki MTB AZS Politechnika Wrocławska za wsparcie w sezonie, a także firmie Brubeck za odzież techniczną niezbędną przy tego typu zawodach (deszcz na starcie, przymrozek w nocy, wilgoć nad ranem i wiatr na terenach otwartych).