Podróż marzeń - Serbia i Czarnogóra z rodziną
Kategoria:
Piąty, może szósty dzień rowerowej tułaczki. Podążamy ku granicy Serbii i Czarnogóry. Młodej, bo zaledwie kilkuletniej granicy. Jak dowiedzieliśmy się kilka kilometrów wcześniej jedziemy ku absolutnie nielegalnemu przejściu. Jednak nawet służba graniczna nie miała pomysłu co nami zrobić.Spotykali nas w ciemnym lesie prawie trzydzieści kilometrów od najbliższych zabudowań. Zawrócić nie mieli serca (najdalej za dwie godziny zmrok, i tak nie dojechalibyśmy nigdzie), puścić dalej nie powinni. A ich samochód był absolutnie za mały, by nas stąd zabrać. Tak więc po dokładnym przejrzeniu naszych paszportów zdecydowali rozsądnie, że nikt tu nikogo nie widział.Jedziemy więc sobie dalej leśną drogą. Może serbską, może czarnogórską (cholera wie, gdzie ta granica?) Drogą, która szosą była jakieś 20 kilometrów temu. Teraz bardziej przypomina koryto wyschniętej rzeki - luźno porozrzucane kamienie różnych rozmiarów w zasadzie uniemożliwiają jazdę. W dodatku przez cały czas pniemy się pod górę.Słońce coraz niżej, a my coraz wyżej. 1500...1600 metrów. Tu spać z pewnością nie chcemy - jak już przekonaliśmy się wcześniej na takich wysokościach temperatura w nocy spada do 6-7 stopni. I nawet noc "na zieloną parówę", czyli obwiązanie się w śpiworze wraz z głową we wszystkim co mamy, nie chroni nikogo przed przenikliwym zimnem. Leżymy wtedy w namiotach wtuleni w siebie i wyczekujemy świtu. I nadchodzącego z nim upału.
Mimo zmęczenia staramy się wdrapać na szczyt jak najsprawniej, by potem pospiesznie z niego zjechać. Ku ciepłu, które panuje niżej. O ile się zjechać da. Tego nie wiemy - naszej drogi nie ma na mapie. Na nocleg u ludzi też raczej nie ma co liczyć- tu chyba nie ma już życia.Ściana lasu kończy się gwałtownie. Dalej droga wspina się przez kwieciste łąki (ha, jakże inny to kwiat- kolorowy, ale w większości agresywny, kujący). I chyba widać szczyt. "Chyba", bo dopóki nie na nim nie staniesz, nie masz pewności, że za nim nie kryje się następny podjazd.Chłopaki ogarnięci wizją zjazdu wycinają do przodu. My z Piotrem i Esterą z racji największego obciążenia zostajemy nieco z tyłu. Powoli pchając rowery z wielkim bagażem i śpiewając z córką piosenki (dla odwrócenia uwagi od mozolnej wspinaczki) i my w końcu stajemy na... Wierzchołku Świata!!Przede mną otwiera się chyba najcudowniejsza przestrzeń, jakiej dane mi było doświadczać. Wielkie łąki i zielone góry ciągną się po horyzont. W dole doliny z turkusowymi rzekami. Gdzieniegdzie (pewnie kilometry stąd) porozrzucane domki z czerwonymi dachami. Rzucam rower i stoję oszołomiona.Chłonę tę wielką przestrzeń jak ptak, w gotowości do lotu. Cykady głośno grają, słońce powoli zaczyna gasnąć. A ja stoję, potem siedzę.. W końcu wszyscy leżymy na drodze i wspólnie oglądamy zachód słońca...To moje miejsce na Ziemi. I kiedyś tu wrócę. Będę tu Wiatrem.
Całość przygody: