Blog: Michalina Ziółkowska
Puchar Świata w Dolomitach, Alpentour Trophy i plan nieodporny na upadki
Kategoria:
Czerwiec w moim planie oznaczał wejście w najbardziej wymagający etap i cel pierwszej części sezonu: Puchar Świata w maratonie MTB w Dolomitach oraz Alpentour Trophy – 4-dniową etapówkę w austriackich Alpach.
Przygotowania szły po mojej myśli. Minęło 7 miesięcy od uszkodzenia więzadeł w kolanie, a każdy kolejny start dawał mi poczucie, że procesy gojenia przebiegają sprawnie. Tym samym mogłam w pełni skupić się na treningach i szlifowaniu formy na górskie wyzwania. Wszystko układało się całkiem dobrze, wracały dobre odczucia na podjazdach, wracał luz na zjazdach.
Dolni Morava - jeden moment który burzy cały plan
Nadszedł czerwiec i ostatni start kontrolny w ramach Prima Cup w Dolni Morava. Trudny technicznie maraton biegnący szlakami tuż pod Śnieżnikiem.

Ścieżki pełne śliskich korzeni i kamieni, po których jeszcze spływały resztki deszczu z poprzedniego dnia, nie wybaczały błędów. Jeden moment nieuwagi i zaliczyłam bardzo bolesny upadek na kamienie.
Zabolało i to mocno. Do fizycznego bólu zdążyłam się już przyzwyczaić. Za to ból emocjonalny w takim momencie był dużo gorszy - fala złości, frustracji i bezradności przelała się przeze mnie z niezwykłą intensywnością.
Dojazd na metę wyjątkowo nie oznaczał radości ani satysfakcji, ale smutek i rozgoryczenie. Siedząc w takim zmarnowanym stanie na krawężniku, zaczęłam rozmawiać z innym zawodnikiem, z którym mijaliśmy się na ostatnim zjeździe. Powiedział mi wtedy jedną ważną rzecz:
"Upadki to część tego sportu!"
I miał całkowitą rację. To może być błąd, przypadek lub brak koncentracji, ale trzeba to zaakceptować i iść dalej.
Upadki są częścią tego sportu
To nie pierwszy raz, kiedy doświadczam podobnych rzeczy. Świeżo w pamięci mam jeszcze ubiegły sezon, kiedy wszystko co najgorsze zaczęło się od zdartej skóry na nodze i ręce (zobacz wpis: O wyzwaniach, regeneracji i dziwnych kontuzjach, sezon 2025). Z kolei kilka lat temu głęboka rana szyta w kolanie zmusiła mnie do wycofania się z wyścigu w Dolomitach (pisałam o tym w tekście: Upadek przed Sellaronda Hero).
Tym razem miałam nadzieję, że to tylko powierzchowne obtarcie i stłuczenie. Jednak następnego dnia rano, nie byłam w stanie normalnie chodzić, bo lewe kolano mocno odczuwało skutki tego upadku. Na rowerze było lepiej, choć napięcie w całym stawie przypominało mi o tym, że całkiem niedawno rehabilitowałam... drugie kolano (to prawe, w którym zimą leczyłam więzadła)!
Mijały dni i na rowerze dawało się zapomnieć, ale mój organizm całą energię wykorzystywał na odbudowę uszkodzonych tkanek. Brakowało mi energii, a dodatkowe napięcie i stres związany z nagłym zaburzeniem planu nie pomagały mi przed startem w Dolomitach.
HERO Südtirol Dolomites - bezlitosne góry
Niby tylko 60 km, ale kiedy dodamy do tego 3 tysiące przewyższeń, to już robi wrażenie!
Ten wyścig jest wielkim wyzwaniem, kiedy jest się w życiowej formie. Jeśli nie masz dnia, to wszystko staje się dużo trudniejsze!
W tym roku dodatkowo wyścig ten zaliczał się do serii HERO World Cup, a więc najbardziej prestiżowych maratonów MTB (nie licząc Mistrzostw Świata). Aby osiągnąć dobry wynik w Elicie kobiet, trzeba tu pojechać w okolicach 4 godzin. Ta trasa nie wybacza słabości – to ściana za ścianą, które ciągną się kilometrami. Albo ty je pokonujesz, albo one ciebie.
Zaraz po starcie ponad 700 metrów podjazdu na Dantercepies (ok. 2300 m n.p.m.) na odcinku zaledwie 5 kilometrów. Potem Pralongia (2157 m n.p.m.), podjazd na Passo Pordoi i na końcu Passo Sella. Wszystko przeplatane długimi zjazdami o różnej charakterystyce.

Nie wiem, który już raz tu wracam, ale prawie nic się nie zmienia – od lat trasa jest niemalże taka sama. Zmieniają się tylko odczucia. Te sprzed wielu lat opisywałam we wpisie Sellaronda Maraton - o tym jak zostać HERO. Dobrze pamiętam tamten start, ale póki co nie udało mi się tego powtórzyć. Niestety, także i w tym roku Dolomity były dla mnie bezlitosne. Nie czułam w sobie energii, nie przypominałam na trasie samej siebie z poprzedzających startów – to był niezwykle trudny dla mnie wyścig.
Przestawić myślenie na Alpentour
Jedyne co mogłam zrobić, to szybko zapomnieć o tym starcie i przestawić swoją głowę na następne wyzwanie. Etapówki, zwłaszcza te górskie są niezwykle wymagające, a Alpentour Trophy to łącznie ok. 200 km i 8.5 tys. przewyższeń. Ostatnia rzecz jaka mi była teraz potrzebna to obwinianie się o niepotrzebną kraksę i nieudany start.
Cały czas miałam w pamięci ponad pół roku przygotowań, które budowały moją formę na tę część sezonu. To dawało mi wewnętrzne przekonanie, że ten jeden tydzień po prostu był słabszy, i że limit pecha został już wyczerpany. Szybko przeniosłam się do austriackiego Schladming i dało mi to dodatkowy pozytywny bodziec i pozwoliło zmienić trochę kontekst.

Mimo wszystko zmęczenie po wyścigu wyjątkowo długo się utrzymywało. Pozostało mi mieć nadzieję, że w dniu startu wszystko się odmieni.
Etap 1: Lekcja pokory, upał i powrót demonów
Pierwszy etap (60 km +2130 m) zaczęłam dość ryzykownie, próbując na pierwszym podjeździe trochę przepalić mięśnie, żeby organizm wszedł w tryb wyścigu, jednak efekt był kompletnie odwrotny, organizm nie chciał współpracować. Wszystko potęgowała wysoka temperatura.
Ciężki początek tego wyścigu przywołał fatalne wspomnienia sprzed roku, kiedy z jeszcze świeżą szytą raną w przedramieniu walczyłam ze sobą o dojechanie do mety. Wizja powtórki nie opuszczała mojej głowy aż do końca najdłuższego podjazdu i skutecznie odbierała mi siły do walki z tą ogromną górą.
Na szczęście wyścig zawsze kończył widowiskowy zjazd Downtown Line, który zawsze wygrywał w mojej głowie!

To nie był jednak dobry dzień.
Etap 2: Nowy dzień, nowa taktyka i odzyskany rytm
Mimo wszystko czas jazdy i analiza zaprzeczały temu, że będę walczyć o przetrwanie. Zmieniłam taktykę, wzięłam pod uwagę upał i nieco gorszą dyspozycję organizmu. Rano nogi czuły się dobrze i etap drugi prowadzący pod Dachstein (67 km+ 2500 m) rozpoczęłam już spokojniej. Podjazd, który ciągnął się niemal od startu przez 20 km jechałam już w miarę równym tempem, co pozwoliło mi na dobre zapomnieć o demonach z przeszłości. Utrzymując tempo i dbając o nawodnienie i odżywianie etap mijał całkiem dobrze, choć upał bardzo mocno wyczerpywał.
Etap 3: Odcięcie energii i uciekające podium
Na trzecim etapie (60 km +2500 m) organizm pracował już na swoich dobrych obrotach i jazda sprawiała coraz więcej radości, nawet jeśli wielokilometrowe podjazdy w pełnym słońcu praktycznie wysysały całą energię. Ten etap nauczył mnie, jak bezwzględnie pilnować odżywiania - zgubiony żel zabolał najmocniej na ostatnim podjeździe, a trzecie miejsce odjechało mi o zaledwie minutę. Mimo wszystko, ten dzień był super pozytywny.

Etap 4: Ściany na Planai i małe podium na zakończenie
4 dzień to był uphill 11 km i + 1100 m. W nogach skumulowane zmęczenie z 3 maratonów dodatkowo podnosiło trudność.
Przez pierwsze 8 km szuter przeplata się z asfaltem i tam można znaleźć swój rytm. Później wjeżdżamy w teren i zaczynają wyrastać ściany. Spada prędkość, ale wzrasta nachylenie. Z każdym zakrętem cel jest coraz bliżej i coraz goręcej. Na samym końcu jest już głośno, a na ostatnich metrach nogi wchodzą już w tryb pełnego automatu. Mózg i ciało wiedzą, że za chwilę będzie upragniona meta!
Co się nie udało wczoraj, przyszło dziś. Najniższy stopień podium na ostatnim etapie był dla mnie takim małym sukcesem w tym niełatwym czasie.

Podsumowanie rehabilitacji: prawie 8 miesięcy planu
Minęło prawie 8 miesięcy odkąd skręciłam kolano z poważnym uszkodzeniem więzadeł (w tym zerwane ACL).
Od samego początku podstawą mojej rehabilitacji był rower i siłownia. Pierwsze miesiące przebiegały po dyktando kolana – to ono bezkompromisowo wyznaczało na ile mogę sobie pozwolić w treningu (szczegóły we wpisie: Zerwane więzadło w kolanie, rehabilitacja i powrót do MTB).
Dzięki systematycznej pracy, powrót do ścigania układał się w spójną całość:
- Po 5,5 miesiąca: Pierwsze starty na płaskich maratonach (wpis: Powrót do rywalizacji po kontuzji kolana – pierwsze starty w maratonach MTB).
- Po 6 miesiącach: Pierwsze starty w górach (wpis: Maratony MTB w górach - Riva del Garda i Harrachov, dwa różne wyzwania).
- Po 7 miesiącach: Cel pierwszej części sezonu, czyli ekstremalne 5 wyścigów w Alpach w zaledwie 9 dni!
Kolano całe te alpejskie wyzwania znosiło bardzo dobrze. W ostatnich dniach właściwie cała uwaga przeszła na drugie kolano, które niestety dawało się we znaki.
I to jest dobry czas na odpoczynek, pełne wyleczenie stłuczeń i relaks.
Przed nami jeszcze druga część sezonu.
Nieważne ile razy upadasz. Ważne, że wstajesz i jedziesz dalej. A plan… jakoś się dopasuje 😉
Komentarze do 'Puchar Świata w Dolomitach, Alpentour Trophy i plan nieodporny na upadki'