Horal MTB Maraton na Słowacji wygrany przez Polaka
Kategoria:
Drużyna Mitutoyo DEMA PWR Team zawitała na Słowację, aż pod same Wysokie Tatry, by tam wziąć udział w maratonie MTB Horal, który odbywał się 9 sierpnia 2014 r. Bardzo dobrze zaprezentował się zawodnik tej drużyny, Patryk Kaczmarczyk, który wygrał na dystansie 70 km. Z kolei na królewskim dystansie krejzi 130 km z ponad 4 tys. metrów przewyższenia świetne 3. miejsce zajął inny zawodnik drużyny z Polski, Łukasz Klimaszewski, a 4. był Rafał Drozdek. Udział w tej imprezie, w miejscowości Svit odległej o ponad 400 km od Wrocławia, był możliwy dzięki wsparciu sponsorów – firmie Mitutoyo Polska - sponsora tytularnego drużyny oraz firmie Dema, słowacki producent rowerów.
Start w maratonie MTB na Słowacji był na pewno ciekawym doświadczeniem. Trasa Horalu, który był organizowany po raz 15-sty, owiana jest pewnego rodzaju legendą. „Prawdziwy wysokogórski maraton” – tymi słowami reklamuje się organizator tego przedsięwzięcia. Na dystansie krejzi 130 km przewidziano aż 4 tys. metrów przewyższenia, z kolei na nieco krótszym lejzi 71 km było to ponad 2 tys. przewyższenia. Niestety w tym roku, ze względu na poprzedzające maraton duże opady deszczu, organizatorzy musieli zmienić trasę krejzi i zawodnicy nie mieli okazji wspinać się na najwyższy punkt maratonów, Kralova Hora ponad 1900 m.n.p.m.
Warunki panujące w tym roku na trasie były bardzo ciężkie. Mnóstwo zalegającego błota, przejazdy przez łąki, długie i dość strome podjazdy ciągnące się przez wiele kilometrów. Z kolei zjazdy nie były techniczne, ale ze względu na szerokie drogi i spore wyrwy spowodowane wymyciem przez deszcze (brak ostrzeżeń!), nabierało się dużej prędkości, przez co było bardzo niebezpiecznie. Dość powiedzieć, że najbardziej technicznym zjazdem był końcowy do mety, po mokrych korzeniach, wąski singletrack, ze sporą ilością błota – po 7 godzinach jazdy na dystansie krejzi mogło to być bardzo męczące.
Co do samej organizacji, start przebiegał sprawnie, dystans krejzi ruszał na trasę wcześnie rano bo już o 7:00. Lejzi o 9:00. Było dość zimno, a przejazd przez rzeczkę na początkowych kilometrach, nie ułatwiał rozgrzania się. Wspólny start z 1 sektora przy ponad 100 osobach nie stanowił większego problemu, wszystko ułożyło się na pierwszych kilometrach. Zaopatrzenie bufetów było bardzo dobre, jak to na słowackim maratonie przystało, do tego mili tubylcy smarowali napędy zawodników – łańcuch wydawał nieraz przeraźliwe dźwięki. Samo oznakowanie trasy były bardzo mierne, pomalowane na różne kolory kamyki na trasie czy strzałki na asfalcie były mało widoczne, praktycznie całkowity brak strzałek na drzewach, gdzieniegdzie tylko taśmy – trzeba było sporo wytężać wzrok czy wiedzieć gdzie idzie dalej trasa. Tu minus dla organizatora. Drugi minus to bardzo niebezpieczne poprowadzenie tras krótszych dystansów pod prąd dystansu krejzi i lejzi – jadąc z dużą prędkością z góry, można było natknąć się na wolniejszych uczestników maratonu z innych dystansów jadących do góry, dla nas to pod prąd. To powodowało wiele niebezpiecznych sytuacji, a ostrzeżeń na ten temat nie było.
Komentarze zawodników drużyny Mitutoyo DEMA PWR Team po starcie w Horal MTB Maraton na Słowacji
Patryk Kaczmarczyk: Start. Strzał, slalom między zawodnikami i na pierwszym podjeździe byłem już w pierwszej grupie. Do 10 kilometrowego podjazdu przewidzianego od 20 kilometra trzymaliśmy się w 3-4 osoby. Bardzo nie miłym zaskoczeniem był fakt że trasa znów sucha nie była. Od razu na wstępie topienie się w błocie, udało się nawet zatopić rower po oś. Katastrofa. Takich fragmentów jak na złość było sporo. Jadę spokojnie bo mam jeszcze ponad 40km do zrobienia. Szybko jednak okazało się że baterie się Słowakom skończyły, ja podkręciłem tempo i na szczyt wjechałem samotnie. Od tej pory do mety podróżowałem sam, a przynajmniej licząc w jednym kierunku, bo organizator miał dziwny pomysł i połączył jakieś 20 km trasy Lejzi z pozostałymi dystansami. Efektem tego jechaliśmy "pod prąd" co utrudniało i zagrażało. I znowu to paskudne śmierdzące, kleiste błoto. (...)Trochę żal, że trasa maratonu nie została poprowadzona ciekawszymi odcinkami, a tych na pewno tutaj nie brakuje. Trzeba było zaspokoić się samymi widokami. (pełna wersja na blogu )
Wojciech Pawłowski: Sam maraton rozpoczął się względnie spokojnie. Choć rywalizację rozpocząłem z końcówki stawki, to przebicie się do przodu nie stanowiło większego problemu i szybko zacząłem widzieć czoło stawki. Później bez większej historii. Góra, dół swoim jadąc swoim równym tempem, sporadycznie przejeżdżając przez strumień czy inną błotną kąpiel. Generalnie cały maraton to była jazda solo, pomimo jazdy w 3-osobowej grupce, wciąż to ja dyktowałem tempo pod górę. Dobrze mi się kręciło do około 2,5h jazdy, później niestety przyszedł kryzys i ostatnią godzinę jechałem żeby jechać. Spory wpływ na taki stan rzeczy miały warunki panujące na trasie. Ciągle płynące błoto w zastraszającym tempie wypłukało smarowanie z łańcucha(dawno nie jechałem z tak głośno pracującym suchym napędem). Ostatecznie trasę dystansu lejzi( który liczył 68,5km zamiast zapowiadanych 73km) pokonałem 3godziny 32min 05sek realizując swoje założenia na ten start. (pełna wersja na blogu )
Z kolei Rafał Drozdek wspomina o tym, że starte w Horalu „jarał się od dawna” dokładnie dystansem Krejzi, bo jeszcze w karierze nie popełniłem jeśli mnie pamięć nie myli 4000 m w pionie na 130 km. Pierwsze 20km to jazda w 6-7 osobowej grupce w której był Łukasz, Bartek i ma skromna persona. Łukasz podkręcił na podjeździe tempo na tyle że zostało nas 4 -my, Czech który wygrał i Słowak który był drugi. Do połowy dystansu jechaliśmy w kontakcie wzrokowym ale potem porzucali nam kilka bomb i straciliśmy ich z oczu. Opuścił mnie też Łukasz któremu udało się jedną bombę odbić - niestety trafiła ona we mnie.. na 90km przesmarowano mi napęd bo jeszcze chwilka i trafiłbym do psychiatryka od tego jęczenia. Z racji iż na bufecie nawciągałem z 12 batoników nagle poczułem kopa i postanowiłem już jechać mocniej do mety. Niestety 5 km do mety gdy sądziłem że będzie już tylko z górki okazało się że jednak trzeba jeszcze trochę popedałować do góry. Wtedy to ktoś z lasu zarzucił mi bombę.. ba .. pocisk przeciwpancerny i toczyłem się w tempie minimalnie szybszym od ostatków kończących Lejzi. Finalnie odrobiłem trochę straty do Łukasza i dotarłem na metę 1,5 min za nim oraz ponad 25 min za zwycięzcą. Wynik jak na moją masę uważam za dobry, cieszę się ze przetrwałem 7godzin 22 min na rowerze co stanowi zazwyczaj mój całotygodniowy przydział czasowy na trening.
Łukasz Klimaszewski podkreśla, że start na maratonie na Słowacji był jedną z ważniejszych imprez w sezonie dla niego, a dodatkowo po kilku ostatnio nieudanych startach liczył na rewanż. Łukasz miał dodatkowo trochę przygód z rowerem i niestety musiał startować na pożyczonym sprzęcie, co nie nastrajało zbyt pozytywnie. Na starcie ustawiliśmy się w ostatniej linii, ale z uwagi na powolne temp szybko przebiliśmy się, do przodu. Na pierwszych kilometrach wysłaliśmy Bartka do ataku, aby siadł trochę na psychikę rywali. Nie wiem czy się tym przejęli, ale do pierwszego długiego podjazdu wyścig przypominał bardziej wycieczkę i było bardzo zabawnie.
Pierwszy długi podjazd skończył zabawę. Na czoło wysunęła się para Czechów. Potem ja wyszedłem na zmianę i ostatecznie zostało tylko czterech zawodników. Wspomniani Czesi oraz ja z Rafałem. Od razu spostrzegliśmy, że początek wyścigu był mylący i mamy do czynienia z bardzo mocnymi przeciwnikami. Na podjazdach uciekali nam, jednak doganialiśmy ich na zjazdach. W pewnym memencie dystans się zwiększył lecz mieliśmy ich dalej w zasięgu wzroku. Chwilę się wahałem, czy nie zagiąć się i nie gonić uciekinierów, lecz byłoby to mało rozsądne i odpuściłem. Do końca pierwszej pętli jechaliśmy spokojnie z Rafałem, oszczędzając siły. Na drugim okrążeniu odskoczyłem i do końca wyścigu jechałem już sam. Patrząc po międzyczasach na 90 km traciłem do prowadzącego ok. 5 min a Rafał jechał ok. 4 min za mną, więc było ok. Po ok 105 km skończyły się wysokie góry. Od sędziego słyszę że tracę poniżej 10 min. Na wykresie widzę dwa podjazdy a dalej prostą linię w dół do mety. Łykam więc fiolkę i liczę, że przez 30 min mocnej jazdy trochę nadrobię. Niestety w skali 1:1 zjazd do mety okazał się serią pagórków i błotnistymi ścieżkami. Ja tymczasem czuję, ze zbliż się bomba i zostały mi dosłownie minuty mocnej jazdy. Na 120 km ścina mnie zupełnie. Dalej jadę tylko na przetrwanie, utrzymując pewnie 3. miejsce tracąc jednak na mecie do zwycięzcy ok. 25 min.
Podsumowując trasa była jednak rozczarowująca. Wiele kilometrów grzęzło się w totalnie rozwalonych przez wodę i leśników ścieżkach lub w rozmokłej wysokiej trawie. Na plus wskazuje za to dystans oraz przewyższenia. Cztery prawie godzinne podjazdy dawały w kość. Zawody na pewno były bardzo męczące i wymagające, tym bardziej pozytywnie oceniam swoją jazdę.