Blog: Michalina Ziółkowska
Podsumowanie sezonu 2014 czyli chwile dla których warto...
Kategoria:
Kolejny sezon za mną, jest trochę czasu na refleksje, a działo się sporo. Te najlepsze momenty zawsze miło powspominać. Bo tak naprawdę to one dają mi dalszą motywację, do tego by wstawać przed wschodem słońca, sumiennie wykonać przed pracą kolejny trening, a resztkę wolnego czasu poświęcić na zaplanowanie diety i odpoczynek.
A więc po kolei moje "super-chwile" sezonu 2014....
- 1. 30tka na szycie Teide
Teneryfa to taka moja wyspa marzeń, idealna na dwutygodniową przedsezonową "harówkę". Wulkan Teide wznosi się na 3718 m n.p.m, ale rowerem możemy wjechać do granic parku narodowego na wysokość nieco ponad 2200 m, co i tak daje ogromne możliwości treningowe. Ale ja chciałam poczuć coś więcej i znaleźć się na samym szczycie.
Pod koniec obozu w ramach "aktywnego wypoczynku" postanowiliśmy się tam wdrapać, co łatwe nie było. Spaliśmy na wysokości 3270 m n.p.m. w Altavista refuge, by o 5 rano po ciemku z "lampeczkami-pchełkami" zdobyć tą piękną górę. Dotarliśmy na szczyt gdy słońce zaczynało wznosić się nad oceanem, ze skał wydobywała się siarka. Było potwornie zimno, ale widok przecudowny, nie do opisania...
I tak oto rozpoczął się mój 30ty rok życia.
- 2. Alpy, Dolomity - Sellaronda Hero, Val di Fassa Bike
Alpy to góry, które po prostu ubóstwiam, ale pod warunkiem, że jestem tam z rowerem ;) Tam czas nie biegnie, mogę jechać kilka, kilkanaście kilometrów pod górę i chłonąć ten niesamowity krajobraz, który rozpościera się dookoła... Uwielbiam startować w alpejskich wyścigach, mimo, że podczas wyścigu niewiele z tych pięknych kadrów udaje mi się zarejestrować. Ale jest coś innego, szczególnego, walka z górami - pierwszą, drugą i kolejną, taką na 500 a czasem i na 1tys metrów w pionie...
W tym roku prawdziwym wyzwaniem był HERO - runda 63km przez 4 słynne alpejskie przełęcze - na starcie musiałam być przed 7, pamiętam przeraźliwy chłód, może 3-4 stopnie C i wielki tłum w sektorach na głównej ulicy górskiego miasteczka. Kiedy wjeżdżałam na ostatnią przełęcz wyprzedziłam Norweżkę i przesunęłam się na 2 miejsce, za mną podążał samochód z kamerą, nade mną latał śmigłowiec... a potem na ceremonii wyświetlono na wielkim telebimie kilkuminutową relację z wyścigu...
- 3. Belgia, Luxemburg i Roc d'Ardenes
Festiwal w Houffalize trwał od piątku, mój maraton miał być w niedzielę, więc zdecydowałam się też na start w wyścigu xc, 1kat UCI. Okazał się bardzo ciężki technicznie, kilka wywrotek zmusiło mnie do prostowania kierownicy, a następnego dnia bolało mnie dosłownie wszystko, więc z trudem wsiadłam na rower by zrobić zapoznanie z trasą maratonu. Wieczorem jeszcze długo siedzieliśmy przy kolacji w Luxemburgu (gdzie nikt z obsługi nie znał żadnego języka oprócz francuskiego!) w wesołym towarzystwie zawodniczki (znanej w przełajach) Sanne van Paassen i jej męża. Następnego dnia wygrałam pierwszy i jak się potem okazało jedyny w tym sezonie UCI Marathon, po ucieczce i ponad 60-ciu km samotnej jazdy...
W Belgii miałam przyjemność poznać dystrybutorów Krossa (firmy, która m.in. wyposaża mnie w sprzęt do ścigania). Michel Reicher i Marc Nicolas z firmy 2M Bikes na swoim stoisku na festiwalu zapewnili mi świetny bufet na mecie ;)
- 4. Francja Lazurowe Wybrzeże i Roc d'Azur
Wyjazd do Francji to niekończąca się podróż, prawie 4 tys km w aucie, aby spędzić kilka dni - jak się okazało - w niezwykłym zakątku Europy. Festiwal Roc d'Azur odbywał się we Frejus, okolica skalista, pełno singli wytyczonych na niewielkich wzniesieniach - raj dla roweru! Nawet zdarte kolano, łokieć nie mogły popsuć humoru, jak się jest w takim miejscu. W ramach rozjazdu po wyścigu wybraliśmy się do Monaco, jazda wzdłuż tak malowniczego wybrzeża - poezja ;) To nic, że następnego dnia czekała nas 17-o godzinna podróż do domu...
Do dziś zastanawiam się, dlaczego na co dzień ta góra jest dla rowerów zamknięta, szczególnie gdy widzę ile śmieci zostawiają za sobą piesi turyści... Cóż, może właśnie dlatego satysfakcja i radość z dotarcia na szczyt podczas uphillu jest tak ogromna :)
To tylko cząstka wspomnień minionego sezonu, ta najciekawsza i motywująca do tego, by kolejną zimę z pomocą Bogdana Czarnoty cierpliwie trenować, bez względu na wszystko i czekać na efekty pracy aż do wiosny!