Bikemaraton w Zawoji - relacja
Kategoria:
W tym roku Zawoja będzie się kojarzyła uczestnikom bikemaratonu chyba głównie z błotem. Trzeci raz brałem udział w wyścigu i trzeci raz nie udało mi się przejechać dystansu mega.
Zaczęło się tak jak zawsze, czyli podjazd asfaltem w stronę Wełczy. Może nie zupełnie tak samo, ponieważ peleton był trochę mniejszy i składał się wyłącznie z zawodników M2, dzięki temu na wąskie odcinki nie były blokowane przez maruderów. Słońce już mocno świeciło i po asfalcie jechało się bardzo dobrze, dopóki nie brakowało tchu. Przejazd przez odcinek po błocie i kamieniach na końcu podjazdu też przebiegał sprawnie - lewa strona cały czas jechała, a ci co nie dawali rady, ustępowali miejsce. W tym roku ten odcinek był trudniejszy technicznie , bo cały piątek padało i trudno było otrzymać równowagę na wąskiej, kamienistej ścieżce.
Zjazd ścieżką w lesie też był trochę trudniejszy niż w zeszłym roku, ale nie było tłoku i nikt nie tamował ruchu. Następnie - stromy podjazd do schroniska Smyraki po płytach betonowych, jak zwykle trochę męczący, ale jeśli znało się początek trasy, to przynajmniej wiadomo było, jak rozłożyć siły. Później było jeszcze trochę leśnych ścieżek i asfalt w kierunku Toczków i Przeł. Przysłop. Najlepszy moment, żeby sięgnąć po bidon i złapać głębszy oddech. Za chwilę trzeba było wjechać leśnym odcinkiem lekko pod górę. W tym miejscu można było trochę powalczyć - szeroka ścieżka, łatwa technicznie i umiarkowana prędkość. I tak do pierwszego bufetu.
Zaraz za bufetem - podjazd na Przeł. Kolędówka. Tutaj przydałoby się mieć nogi ze stali. Jak by było sucho to może miałbym szansę tutaj wjechać na rowerze. Tym razem udało mi się podjechać 10m. na początku i ok. 10 m. gdzieś w połowie. Trzeba przyznać, że rzeczywiście jest to szlak do turystyki pieszej, a nie rowerowej. Duże nachylenie i dwie rynny zamiast ścieżki, a do tego pełno błota. Samo podchodzenie z rowerem było wyczerpujące, więc nie zdziwiłem się, że nie widziałem nikogo, kto przejechał by ten odcinek na rowerze. Jak wsiadłem na rower, czułem się tak fatalnie, że zacząłem się zastanawiać, który dystans wybrać na rozjeździe, który był kilkaset metrów dalej. Na starcie planowałem pojechać sobie na mega, ale w momencie wyczerpania fizycznego wymiękłem i postanowiłem zakończyć wyścig zjazdem na MINI. Z opowieści wiem, że dystans mega był jeszcze trudniejszy niż mini - podjazdy po błocie, więc może i dobrze, że zrezygnowałem. Ale za 2 tygodnie na pewno pojadę na MEGA w Świeradowie.
Zjazd do mety to była czysta przyjemność - kręta asfaltowa uliczka i na koniec, tradycyjnie: 2 km. ścieżka nad potokiem z trawą błotem, tłuczniem i asfaltem. Dojechałem z czasem 58 min. Poprawiłem się w stosunku do zeszłego roku o 5 min. ale miejsca nie poprawiłem. Na MEGA i tak bym nie uzyskał dobrego wyniku, ponieważ w tym roku Zawoja gościła całą krajową czołówkę MTB : Galiński, Piotr i Adrian Brzózka, Kornel Osicki (Mega) i Dariusz Batek (Giga). a wśród kobiet: Anna Szafraniec, Karolina Kozela i Magdalena Balana (Mega). Taaakiej obsady chyba jeszcze w bikemaratonie nie było.
Wyniki bikemaratonu ukazały się zaraz po wyścigu na stronie http://www.datasport.pl/. Na poszczególnych dystansach zwyciężyli:
Mini:
1. Tomasz Dygacz - 0:46:45
2. Daniel Pepla - 0:47:02
3. Jakub Danielski - 0:47:04
wśród kobiet Joanna Czerwińska - 1:00:21
Mega:
1. Marek Galiński - 1:44:39
2. Piotr Brzózka - 1:48:15
3. Adrian Brzózka - 1:48:18
wśród kobiet Anna Szafraniec - 2:09:09
Giga:
1. Dariusz Batek - 3:44:06
2. Bogdan Czarnota - 3:51:41
3. Paweł Urbańczyk - 4:00:26
wśród kobiet Justyna Frączek - 4:58:34