Echa Tour de Pologne 2011
Kategoria:
Niedawno zakończony 68. Tour de Pologne przyniósł nadspodziewanie dużo emocji. Po szóstym, najtrudniejszym, górskim etapie w okolicy Bukowiny Tatrzańskiej żółtą koszulkę lidera wywalczył Daniel Martin z Garmin - Cervélo z przewagą zaledwie 3sek. nad Peterem Saganem z Liquigas i Marco Marconato z Vacansoleil. W tym momencie jasne było, że niedzielne kryterium nie będzie typowym "etapem przyjaźni", że na pętlach wokół krakowskich Błoni będzie trwała walka o zwycięstwo w całym Tourze.
Niemal od samego startu do ataku ruszyło dwóch Polaków - Jacek Morajko (CCC Polsat Polkowice) i Michał Podlaski (Reprezentacja Polski). Szybko zyskali 25 sekund nad peletonem kontrolowanym przez Liquigas. Jacek Morajko zbudował półtorej minutową przewagę, którą kontrolował włoski zespół Liquigas, chcąc doprowadzić do finiszu z peletonu nie tylko na mecie, ale i na lotnym finiszu, gdzie można zyskać cenne sekundy do klasyfikacji generalnej. Ucieczka została wchłonięta 50 km. przed metą. Tomasz Marczyński (CCC Polsat Polkowice) próbował kilkakrotnie atakować, ale przed każdą lotna premią Liquigas, wspomagany przez Vacansoleil za wszelką cenę kasował wszystkie odjazdy. Na 2 km. do mety Marczyński musiał się ostatecznie pogodzić ze stratą prowadzenia w wyścigu, a czołowe ekipy zaczęły rozprowadzać swoich liderów przed finiszem. Najlepiej zafiniszował Niemiec Marcel Kittel (Skil-Shimano) odnosząc czwarte zwycięstwo etapowe. Co najważniejsze drugi był Sagan, czym zapewnił sobie triumf w całym wyścigu. Podium uzupełnił Leigh Howard (HTC-Highroad). Najwyżej z Polaków na 12. pozycji finiszował Marek Rutkiewicz (CCC Polsat Polkowice).
Ostatecznie w klasyfikacji generalne Sagan pokonał o 5 sekund Martina oraz o 7 sekund Marcato. Najlepszym Polakiem w 68. Tour de Pologne został Bartosz Huzarski (Reprezentacja Polski), kończąc występ na 7. miejscu.
Marek Rutkiewicz - lider CCC był typowany do miejsca w pierwszej trójce wyścigu. Przed wyścigiem podkreślał, że cały sezon podporządkowuje właśnie pod Tour de Pologne. Dużo czasu spędził na rekonesansie najtrudniejszych odcinków trasy. Ostatecznie wywalczył 12 miejsce, z którego nie jest do końca zadowolony. -Rzeczywiście, miało być podium - nie ukrywa zawodnik. - Niestety, nie udało się, a spory wpływ miał na to błąd sędziów. Chodziło o ostatnie metry czwartego etapu wyścigu. Sędziowie podzielili wówczas uczestników na dwie grupy kolarzy, a Rutkiewicza przypisali, do drugiej, wolniejszej, która traciła dodatkowe 7 sek. - Gdyby wszystko zostało policzone tak, jak powinno, zająłbym czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej, a to już niezły wynik napawający optymizmem - wspominał kolarz. - Jechałem trzy metry za Tomkiem Marczyńskim, któremu policzono czas pierwszej grupy. To trochę niesprawiedliwe.-
Rzeczywiście nie jest to do końca sprawiedliwe, jeśli na wielkich tourach przypisuje się ten sam czas całemu peletonowi, mimo, że de facto różnica między pierwszym, a ostatnim zawodnikiem może wynieść kiklka lub kilkadziesiąt sekund decydujących o czołowych miejscach w klasyfikacji. Kolarstwo szosowe jest chyba jedyną dyscypliną szybkościową, gdzie nie mierzy się dokładnego czasu łącznie z ułamkami sekund każdemu zawodnikowi. O zwycięstwie w generalce decydują sztucznie przyznawane bonifikaty za zwycięstwa etapowe lub za czołowe miejsca na lotnych premiach. W dzisiajszych czasach nie jest problemem zorganizowanie odpowiedniego elektronicznego pomiaru czasu każdego zawodnika. Poziom zawodników z czołowych ekip Pro Tour się tak wyrównuje, że na najbardziej wyczerpujących górskich etapach TdP do mety dojeżdża grupa kilkudziesięciu kolarzy. To robi się już trochę nudne. Bo jak można wysiedzieć 5 godzin oglądając 200km. etap, gdzie z jednej strony aż roi się od ucieczek polskich zawodnikow chcących się pokazać przed własną publicznością, a z drugiej strony wyścig i tak jest kontrolowany przez wielkie teamy mające swoich liderów na czele generalki. I tylko od wyrachowanej decyzji dyrektora sportowego przekazywanej do słuchawki swojego zawodnika zależy, kiedy zostanie skasowana każda próba ucieczki. Mogliśmy być dumni ze spektakularnych akcji naszych kolarzy: Jacka Morajko, Tomasza Marczyńskiego, czy Michała Gołasia. Jednak jedyny efekt był taki, że na finiszu V i VI etapu zapłacili za swoje harce cenę w postaci kilkunastu minut straty do klasyfikacji. Może ja czegoś nie rozumiem, ale chyba chodzi tu o to, żeby dojechać jak najszybciej do mety, to znaczy z jaknajmniejszą stratą do zwycięzcy. Chyba, że ważniejsze jest to, aby zostać dostrzeżonym przez poszukiwaczy talentów z najsilniejszych grup zawodowych.
Na słynnych alpejskich etapach są możliwe indywidualne popisy, takie jak niedawne wyczyny Thomasa Voecklera. Jednak na Wielkiej Pętli przykładowo podjazd na Galibier liczy sobie ok. 30km. długości. Natomiast na naszej, mniejszej Pętli podjazd na Gliczarów jest nazywany przez Czesława Langa morderczym, gdy na długości 5km jest 300m. przewyższenia. Nawet nasz wielki nieobecny Sylwester Szmyd stwierdził na swojej stronie, że nie jest to wyścig dla typowych "górali": - taki jest nasz narodowy Tour, wyścig idealny dla ludzi silnych, szybkich i nawet jeśli mamy na etapie 10 kilkusetmetrowych „hopków” to żaden to problem dla kogoś dobrze przygotowanego. Wiem, co innego mówili znawcy kolarstwa w mediach (baaaaardzo duże góry, baaaaardzo ciężki etap), ale trzeba się przyzwyczaić, że przy okazji TdP tych znawców wyrasta zawsze jak grzybów po deszczu w lesie…
Czy naprawdę w całej Polsce nie mozna znaleźć dłuższych asfaltowych podjazdów? Oczywiście, można. Ale jeśli sponsorem wyścigu są Termy w Bukowinie Tatrzańskiej, normalne jest, że 2 lub 3 etapy muszą przebiegać wokół tego podhalanskiego kurortu. Może kiedyś p. Gołębiewski postara się, żeby Langteam zorganizował etap w Karpaczu wokół jego hotelu?
A wracając do naszej profesjonalnej grupy CCC Polkowice dobrze by było, gdyby kiedyś odegrala poważną rolę w naszym narodowym Tourze. Niestety, jak narazie profesjonalizmu muszą się uczyć od innych czołowych ekip. Polscy kolarze zadowalają się nieprzemyslanymi ucieczkami w trakcie niektórych etapów. Liquigas potrafił wieźć swojego lidera 200km. "na kole" tylko po to, żeby wyskoczył na 500m. przed metą zza pleców słynnego Vincenzo Nibali, który wcielił się w rolę pomocnika. Natomiast lider CCC sam martwi się o siebie, bo koledzy próbują zabłysnąć na poszczególnych premiach górskich. Rutkiewicz był chyba jedynym zawodnikiem w stawce, który myslał, że losy całego wyścigu można rozstrzygnąć na kilku kilometrowym, śliskim i krętym zjeździe na 10 km. przed metą VI etapu pod nosem Sagana Martina i innych wielkich. Nasuwa się nastepujący wniosek: albo każdy kolarz w teamie myśli tylko o sobie, albo dyrektor sportowy przygotował niewłaściwą taktykę, albo może wogóle zabrakło jakiejkolwiek taktyki. Szkoda, bo tylko kilka sekund zabrakło Huzarskiemu lub Rutkiewiczowi do czołowej trójki w ostatecznej klasyfikacji.