Amber Road 2013 za nami.
Kategoria:
I stało się. Długo oczekiwany przez nas AMBER ROAD, traktowany jako wisienka na torcie w całym sezonie, z tego powodu, że to wyścig szosowy i w dodatku drużynowy, a naszą dyscypliną flagową jest przecież MTB, odbył się wczoraj i….. na długo pozostanie w naszej pamięci.
Spotkaliśmy się na parkingu chwilę po 9. Wszyscy w doskonałych humorach. Następnie udaliśmy się aby potwierdzić zgłoszenie i odebrać torbę z gadżetami :D Były w niej po 2 bidony na zawodnika, jakieś ulotki, numery startowe i po puszce Coca-Coli :) Świetnie smakowała po zawodach ;) Po krótkich przygotowaniach – przebranie się, przyczepienie numerów, zrobienie wspólnego zdjęcia – udaliśmy się w kierunku startu. W tym roku nowością miał być start z rampy (jak na najlepszych i największych wyścigach). Zajęliśmy odpowiednie miejsce w kolejce i czekaliśmy na swoją kolej. Nareszcie komentator z uśmiechem ogłosił, że teraz zaprasza drużynę, którą już polubił za samą nazwę: „OFUNFLANE EJBRY” :D To właśnie MY! Przywitano nas brawami i uśmiechami! Po wejściu na rampę, każdy zawodnik został przedstawiony z imienia i nazwiska. Ostatnie życzenia powodzenia i z 2 minut, jakie były przewidziane na starty kolejnych ekip zostało 10 sekund. 3…2….1 i start! Zjazd z rampy okazał się chyba najtrudniejszym (technicznym) elementem całego wyścigu, ale daliśmy radę bez gleby :) Z miejsca startu honorowego mieliśmy ok 10 minut na przejechanie niespełna 2 km do miejsca startu „ostrego” usytuowanego na skraju miasta, przy Bazylice. I tutaj ściganie zaczęło się już na całego. Odliczanie po raz drugi i w drogę. Ustaliliśmy, że zmiany będziemy dawać co minute. Wystartowaliśmy w kolejności: Tomek, Maciej, Łukasz, Bartek i Paweł. Każdej drużynie towarzyszył podczas całej trasy motocyklista, którego można było wykorzystać do wiezienia bidonów i innych gadżetów takich jak pompka czy zapasowe dętki i narzędzia. Na trasie nie przewidziano bufetów, więc wszystko co potrzebne trzeba było zabrać ze sobą. Istniała również możliwość korzystania z wozu technicznego, jednak my takowym nie dysponowaliśmy :) To jeszcze nie ten poziom wtajemniczenia! Pierwszych kilkanaście z 92 kilometrów szło nam całkiem nieźle, jednak skręt w kierunku pod wiatr i kilka wzniesień, uzmysłowiło nas, że to nie będzie łatwy wyścig. Najbardziej trudy wyścigu i szybkiego tempa zaczął odczuwać Bartek. Jednak jazda drużynowa ma tę zaletę, że można polegać na kolegach, jak kogoś dopadnie kryzys. Wspólnie pomogliśmy Bartkowi przetrwać pierwsze problemy i ciągnęliśmy dalej. Na długiej prostej zauważyliśmy drużynę, która wystartowała 2 minuty przed nami. To dodało nam skrzydeł.