Tropiciel 11 na rowerowo
Kategoria:
Tropiciel czyli Nocny Przygodowy Rajd na Orientację to bardzo ciekawa impreza. 11. już edycja miała miejsce w dniach 25-26 października 2013 w Jelcz-Laskowice. Od 3 lat drużyna Mitutoyo AZS Politechnika Wrocławska bierze udział w Tropicielu, wykorzystując okres roztrenowania, jako dobrą okazję do integracji drużynowej i odpoczynek od roweru. Jest także dostępna trasa rowerowa, którą postanowił przejechać Krystian Jakubek. Zapraszamy do przeczytania jego relacji.
Z dwóch poprzednich edycji Tropiciela wiedzieliśmy, że limit 5 godzin na trasie rowerowej jest dość rygorystyczny i nie pozostawia miejsca na błędy. Tak więc początkowo celem było zaliczenie wszystkich punktów kontrolnych w regulaminowym czasie.
Początek mieliśmy, jak zwykle, niezbyt udany. Na linię startu podjeżdżamy z bratem minutę przed czasem, co okazało się spóźnieniem, bo mapy były wydawane trochę wcześniej. Po chwili ruszamy na punkt T. Dobry asfalt jest zwodniczy – w okolicach torów znacznie przestrzelamy skręt w małą dróżkę, co później kosztuje nas marszobieg przez grząskie pole. Szybko zaliczamy punkt i od razu ruszamy na łatwy nawigacyjnie Z. Tam czeka na nas Sfora z zagadką – odgadywaniem ras psów. O psach nie mamy zielonego pojęcia, ale z dużą pomocą udaje się nam zgadnąć dwie z trzech ras.
Rzut okiem na mapę i jedziemy asfaltami na C. Schodzimy do bunkra i znów zadanie. Radek bezproblemowo rozpoznał wszystkie leżące na stole karabiny i podobizny dwóch generałów. Żałujemy, że nie możemy zabawić tutaj chwilę dłużej, bo atmosfera była naprawdę świetna. Wracamy do asfaltu i ostro ciśniemy prosto na Y. Stamtąd szybko dojeżdżamy najkrótszą, polną drogą na D. Krótka debata i obieramy na celownik G – „Rzeka Graniczna (PK Zad.)”. Po kilkunastu minutach z niepewnością schodzimy z mostku w gęste krzaki, zbliżając się do G od północy. Na szczęście droga była już wydeptana, co nie zmienia faktu, że nie da się tędy jechać. Co chwilę przenosimy rowery nad powalonymi czy ściętymi drzewami, badylami itd. Widać światła, pełno ludzi, rzekę i… liny. No właśnie, liny i punkt po drugiej stronie rzeki. Po krótkim zastanowieniu i przyglądaniu się innym forsującym strumień, biorę rower w jedną rękę, drugą łapię linę i próbuję swoich sił. Na szczęście jakoś się udało, ale w połowie drogi buty miałem niebezpiecznie blisko wody. W czasie podbijania karty dowiaduję się, że najlepiej iść dalej po mojej stronie rzeki, więc wołam brata, żeby też się przeprawił. Radkowi poszło nieco wolniej, ale już po chwili próbujemy przebić się na wschód do jakiejś większej ścieżki. I znów nieprzejezdne chaszcze.
Zaczynamy wątpić czy był to dobry pomysł, ale idziemy dalej i w końcu odnajdujemy normalną drogę. Wkurzyliśmy się, że straciliśmy dużo czasu na ten punkt. Za to na P dojeżdżamy bardzo szybko. W trakcie jazdy często wyciągam schowaną pod teamową bluzką mapę i nawiguję jadąc bez trzymanki. Radek ma normalny mapnik, ale ja nie przekonałem się do tego rozwiązania. Poza tym jeden w naszej drużynie wystarczy. Na P oprócz toru przeszkód czeka na nas miła niespodzianka – spotykam Basię – koleżankę z mojej drużyny kolarskiej Mitutoyo AZS Politechnika Wrocławska (przy okazji gratulacje dla niej za 1. miejsce na trasie 60 km pieszej – naprawdę spory wyczyn). Nie pozwalamy sobie na długą pogawędkę i ruszamy dalej.
R okazał się łatwy do znalezienia i po krótkiej przerwie uderzamy przez Nowy Dwór na X. Licząc metry i przecinki dojeżdżamy mniej więcej do miejsca, gdzie powinien być i – już na pieszo – wdzieramy się do lasu na poszukiwania. Udaje się bez większych problemów, chociaż chłopaki z X skutecznie zamaskowali punkt, rozciągając między drzewami czarną folię, żeby od strony drogi nie było widać światełek. Strzelanie poszło gładko (bez chorobliwie długich kolejek, jak na poprzedniej edycji) – zaliczyłem 3 trafienia w pięciu strzałach.
Zorientowałem się, że mamy bardzo dobry czas i zaczynamy walczyć nie o zaliczenie punktów, a o wysokie miejsce. Wracamy do Nowego Dworu i jak po sznurku dojeżdżamy na A. Tutaj zaskoczenie i zdenerwowanie. Obsługa punktu straszy karą 30mmin, jeśli ktoś obejdzie strumyczek z drugiej strony i każe każdej drużynie moczyć nogi. No cóż. Jak mus to mus…
Dalej jedziemy lasami nad staw, następnie główną drogą do Łęgu i na znajdujący się zaraz przy Odrze E. Tam łatwo odgadujemy nazwę przedmiotu, czyli kubotan (a nie wibrator analny, jak podobno niektórzy twierdzili), bo brat też ma taką zabawkę. Zostaje nam ostatni punkt i dojazd do mety. Atakujemy wyglądający niepozornie ostatni punkt – B. Na drodze wzdłuż Odry cały czas śliskie błoto i Radek zalicza delikatną wywrotkę. Nie zniechęca się, po prostu wsiada na rower i jedziemy dalej. Okazuje się, że B jest gorszy niż myśleliśmy. Znów przedzieramy się – głównie na pieszo – przez chaszcze i podmokłą łąkę.
W ruinach zamku wszyscy, z wyjątkiem jednej osoby, już śpią. Dostajemy wpis i szczęśliwi wracamy do większej, wybrukowanej drogi, a po kilkuset metrach jesteśmy już na asfalcie w Jelczu. Nieco zmęczeni ciśniemy ponad 30 km na godzinę do bazy.
Na metę wpadamy z czasem 4h 27min. Udało się. Jest satysfakcja. Tym większa, że kiedy wchodzę na stołówkę, widzę InsERT Team, który dopiero co odbiera grochówkę (swoją drogą bardzo dobrą), a kojarzę ich jako zwycięzców wielu poprzednich edycji.
Tropiciel edycja 11 zapamiętam jako świetnie zorganizowaną imprezę i pierwszy w pełni satysfakcjonujący wynik. To był dopiero mój czwarty start w rajdach na orientację. Ostatnim niezłym wynikiem było 13 miejsce na 42 uczestników w kategorii M na trasie pucharowej Bike Orient. Radek też jest, można powiedzieć, początkujący. Zaliczył beze mnie dwie dodatkowe edycje Bike Orientu. Na rowerowym Tropicielu bardzo ważny okazuje się też sprzęt.
Termoaktywna odzież Brubecka i strój Kallisto bardzo dobrze sprawdziły się w chłodnych warunkach. Dużą rolę, zwłaszcza przy szybkiej jeździe, grało też mocne oświetlenie. No i nie można zapominać o sprawnym nawigowaniu, które jest kluczowe. Jeden większy błąd może przekreślić szanse na zdobycie miana Tropiciela.