Maratończyk na przełaju - część 4 - wyścig
Kategoria:
Kolarstwo przełajowe to nie tylko inne rowery, treningi, ale również specyficzne zawody. Odmienne od zawodów MTB XC czy maratonów, w których na co dzień ściga się Łukasz Klimaszewski, zawodnik drużyny Mitutoyo Dema AZS Wratislavia. Krótka runda, wyścig dla elity trwający około 1 godziny, brak określonej z góry liczby okrążeni – tu ważny jest czas wyścigu, trasy przełajowe można wyznaczyć praktycznie wszędzie, specyficzne przeszkody np. schody w górę czy belki do skakania to charakterystyczne cechy zawodów w kolarstwie przełajowym. Swój pierwszy start w tego typu zawodach opisuje właśnie Łukasz.
Jako rozwiniecie swojej przygody z przełajem musiałem oczywiście wystartować w jakiś zawodach. Najbardziej dogodnym terminem i lokalizacją okazał się Puchar Polski w Częstochowie. Na wyścig pojechałem z ciekawości i dla zabawy, bez nastawiania się na jakikolwiek wynik.
Trasa wyścigu
Na miejscu było około 5 stopni mrozu i słońce. Jeszcze nie startowałem w zimowych warunkach, więc było to dla mnie nowe doświadczenie. Mamy chwilę na objazd trasy. Robimy ze trzy kółka na krótkiej rundzie. Wyścig po trawie, kilka podbiegów/podjazdów na wały przeciwpowodziowe. Dużo zakrętów i parę sztucznych przeszkód. Ziemia zmarznięta na kamień, więc błota ani grama. Gdybym zobaczył taką trasę na zawodach XC, uznałbym, ze to niezły ogórek. Ale z perspektywy tego „śmiesznie” wyglądającego z boku roweru z kierownicą typu baranek i oponkami 33 mm, gdy na trasie umieścimy ponad pięćdziesięciu zawodników jadących do odcięcia przez niecałą godzinę, wygląda to zupełnie inaczej. W sumie to dobrze, bo można zorganizować niezły i bardzo widowiskowy wyścig właściwie gdziekolwiek. W zimowych warunkach ważne jest jedynie dobre zaplecze dla zawodników, które tu akurat było świetne – hala sportowa, szatnia, ciepły prysznic. Jak się okazało, to nie jest standard na tego typu zawodach w Polsce.
3,2,1... start!
Dobra pozycja startowa to podstawa. Zostałem więc wyczytany na zaszczytnym ostatnim miejscu (pierwszy start w sezonie przełajowym) i zająłem linię za elitą, orlikami i juniorami. Przynajmniej miałem dobry widok na cały peleton. Po starcie oczywiście wielkie zamieszanie. Już na pierwszym zakręcie ktoś zaliczył dzwona w znak drogowy i zrobił się korek. Czołówka uciekła już daleko a mi pozostało przebijanie się do przodu i wyprzedzanie. Na kilku pierwszych podbiegach także niezły młyn. Zawodnicy przepychają się, aby jak najszybciej wspiąć się na nasyp. Ktoś się przewraca, reszta potyka się o niego. Rowery sczepiają się baranami i pedałami. Z perspektywy widza wygląda to dość zabawnie. Tempo niesamowite. Podbieg – skok na rower – 100 metrów gaz - zjazd – gaz – podbieg – gaz… Po kilku chwilach nie mogę złapać już oddechu. Zwłaszcza podbieganie z rowerem jest bardzo męczące. Dalej peleton nieco się rozrzedza, ale do końca wyścigu jest z kim się ścigać nawet na dalszych pozycjach. Runda jest bardzo krótka i interwałowa, co w połączeniu z dużą liczbą zawodników zapewnia dobra rywalizację. Jadę gdzieś w połowie stawki – w okolicach 25 miejsca. Jak na pierwszy start nie ma tragedii.
Polska rzeczywistość
Zawody udałoby mi się ukończyć bez dubla. No właśnie udałoby, bo na kilkaset metrów przed metą zdejmuje mnie sędzia. Daje DNF-a i jeszcze karą finansową grozi… Nie, nie łyknąłem niczego przed starem ani nie wygarnąłem komuś z łokcia. Godnym takiej kary przewinieniem okazałą się kamerka na szelkach. Pewnie jest na to jakiś przepis. Niestety nie znalazłem takowego w regulaminie, a sędzia nie potrafił podać paragrafu z pamięci… Mało tego – sędzia widział to dokładnie przed startem i nic wtedy nie powiedział. Niemniej sytuacja dla mnie dość śmieszna.
Można więc w naszym pięknym kraju startować na ogórach dla kasy, mimo że ma się licencję elity (sławetny przepis 1.2.019 o imprezach zabronionych). Można śmiecić na trasie maratonu. Można zepchnąć umyślnie innego zawodnika na barierki, a potem jak gdyby nigdy nic wyrobić licencję i wystartować na Mistrzostwach Polski. Ale za kamerkę (przymocowaną przypominam w bezpieczny sposób, na szelkach na klatce piersiowej) jest DSQ. Za to mam przynajmniej unikatowe nagranie z zawodów, zakazany film można obejrzeć poniżej.
Amator na podium
W zawodach w Częstochowie po raz pierwszy w kolarstwie przełajowym ścigał się także manager teamu Kamil Dziedzic. W kategorii amator (bo dla zawodników z licencją cyklosport nie przygotowano innej) zajął 3 miejsce, a sama rywalizacja była niezwykle ciekawa. To zupełnie nowe doświadczenie, zwłaszcza w jeździe na rowerze przełajowym, z wąskimi oponkami i sztywnym widelcem. Świetne uzupełnienie zimowego treningu i wyrwanie z rutyny.
Podsumowanie
Wydaje się, że przy naszych warunkach klimatycznych i ukształtowaniu trenu, aż dziwne jest, że kolarstwo przełajowe jest jeszcze dość mało popularne. Przy zapewnieniu jakiegoś zaplecza dla zawodników można zorganizować bardzo widowiskowy dla kibiców wyścig właściwie wszędzie. W sytuacji, gdy przez jedną trzecią roku mamy niesprzyjające warunki pogodowe, udział w takich zawodach jest niezłym treningiem. Przede wszystkim świetną zabawą jeśli nie nastawiamy się na wynik.