ROWEREM PRZEZ MROZY JAKUCJI - CZ. 2/3
Kategoria:
Krzysztof Suchowierski wraz z dwoma rosyjskimi przyjaciółmi przejechał Jakucję z południa na północ. Pokonali 3700 kilometrów. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dokonali tego jadąc na rowerach i... zimą!
Najniższe odnotowane przez nich temperatury dochodziły do minus 55 stopni Celsjusza!
Poniższy fragment pochodzi z książki "Rowerem przez mrozy Jakucji" autorstwa Krzysztofa Suchowierskiego.
Wydawca: Inne Spacery.
Książkę można kupić na stronie wydawnictwa www.innespacery.pl lub w dobrych księgarniach.
***
Jak co wieczór, gdy znajdujemy ciepłe, ogrzane pomieszczenie na nocleg, zaczynamy suszenie wszystkich rzeczy. Okładamy grzejniki koszulkami, rękawicami, skarpetami i butami. Niestety, jak to na Syberii, toaleta znajduje się na zewnątrz. Akurat dziś nie najlepiej się czuję. Jestem osłabiany. Co rusz muszę wybiegać do oddalonego o 15 metrów drewnianego wychodka.
Siedzenie z gołą pupą przy minus 50 stopni Celsjusza w nieogrzewanej latrynie nie tylko należy do nieprzyjemnych, ale też grozi odmrożeniami. Nie ma co zwlekać, lecz ja na szczęście mam biegunkę.
Kilkukrotnie tego wieczoru idę do wychodka, więc już przestaję się ciepło ubierać, wychodząc na zewnątrz. Mam na sobie tylko trzy cienkie koszulki i polarna wierzchu. Kolejny powrót do budynku dróżniczki i wydarza się mała katastrofa. W moich rękach pęka od mrozu metalowa klamka w drzwiach wejściowych.
Nie mogę dostać się do środka. Kilka razy pukam. Ale nikt mnie nie słyszy. Muszę poradzić sobie sam. Coraz dotkliwej odczuwam mróz. Zaczynają mi kostnieć palce, piecze nos. Dopiero po paru minutach dygocącymi rękoma udaje mi się dopasować złamaną rączkę klamki i z trudem udaje się otworzyć drzwi.
Nasza miła dróżniczka, dowiedziawszy się o klamce, nawet nie była szczególnie zagniewana. Poprosiła jedynie, abyśmy zostawiali złamaną rączkę na parapecie wewnątrz budynku. A osoba, która wychodzi na zewnątrz, koniecznie musi ją zabierać ze sobą i nie czekać na mrozie, aż ktoś od środka otworzy drzwi.
Wieczór mija na odpoczynku, popijaniu ciepłej herbaty i uzupełnianiu naszych pamiętników. Leżymy na piętrowej pryczy i każdy zajmuje się sobą. Jutro kolejne kilometry w srogim mrozie.
A rano udało się przejechać zaledwie 40 minut i sytuacja z dętką. Wracamy do dróżniczki. Jednak teraz nie jadę na rowerze, ale go pcham. Co ciekawe, droga powrotna na piechotę zajmuje mniej więcej tyle czasu, co na rowerze. Na mrozie zarówno człowiek, jak i maszyna działają wolniej.
Jeszcze przy minus 30 stopni Celsjusza można poruszać się na rowerze niemal jak na letniej przejażdżce. Teraz już wiemy, że przy temperaturach bliskich minus 50 stopni Celsjusza jazda jest bardzo utrudniona. Kruszą się dętki, smar na łańcuchu jest lepki i ogniwa nie chcą prawidłowo pracować. Nie działają przerzutki ani hamulce ‒ stalowe linki tak się kurczą, że nie sposób zmienić bieg czy nacisnąć klamkę hamulca. Rano, wychodząc z ciepłego noclegu, trzeba zdecydować, na jakim przełożeniu jechać. Przerzutki zaczynają działać dopiero przy minus 30 stopni Celsjusza. A hamulce w ogóle rozpiąłem na początku podróży i przez całą drogę hamowałem za pomocą butów.
U dróżniczki udaje się wymienić dętkę i czekamy, aż temperatura trochę wzrośnie. Przy minus 45 stopniach Celsjusza ruszamy dalej.