ROWEREM PRZEZ MROZY JAKUCJI - CZ. 3/3
Kategoria:
Krzysztof Suchowierski wraz z dwoma rosyjskimi przyjaciółmi przejechał Jakucję z południa na północ. Pokonali 3700 kilometrów. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dokonali tego jadąc na rowerach i... zimą!
Najniższe odnotowane przez nich temperatury dochodziły do minus 55 stopni Celsjusza!
Poniższy fragment pochodzi z książki "Rowerem przez mrozy Jakucji" autorstwa Krzysztofa Suchowierskiego.
Wydawca: Inne Spacery.
Książkę można kupić na stronie wydawnictwa www.innespacery.pl lub w dobrych księgarniach.
***
W naszą podróż wyruszyliśmy 1 lutego 2014 roku z miejscowości Nieriungri, która leży w południowej części Republiki Sacha Jakucja, na wschodzie Rosji. Naszym celem jest miasto Czerski znajdujące się nad Morzem Wschodniosyberyjskim.
Nieriungri od Czerskiego dzieli 3700 kilometrów. Jedziemy zimą, bo jedynie o tej porze roku da się tę trasę pokonać w całości. Wiosną czy latem to niemożliwe. A gdy przyjdą mrozy, rzeki i jeziora skuwa lód i na nich wyznaczane są szlaki dla samochodów nazywane zimnikami. Zimniki są odśnieżane i utrzymywane przez specjalne służby drogowe.
Moimi kompanami są dwaj Rosjanie − Ioann Czeczniew i Igor Kowalczuk z Tomska. Porwaliśmy się na tę trasę, choć wiele osób nie dawało nam szans. Nikt wcześniej nie przejechał rowerem zimą całej Jakucji z południa na północ.
Kilka wypraw w ogrzewanych ciężarówkach nie dało rady tej trasie. My wierzyliśmy, że mamy szanse. Ioann znalazł w internecie informacje, że w 1991 roku rowerowa ekspedycja, w skład której wchodzili Rosjanie, przemierzyła zimą około 2000 kilometrów po tym samym szlaku − z Tyndy do Ojmiakonu.
Tyle że oni nie wjeżdżali na zimnik, który prowadzi przez dzikie góry na północy. Jazda na rowerze po asfalcie nawet przy bardzo niskich temperaturach wydawała nam się realna. Najwięcej obaw budził zimnik. Zamiecie śnieżne, zwane purgami, są tu częste. Czasem trwają nawet parę tygodni.
Po zamieci zimnik całkowicie znika. I trzeba czekać kilka dni, aż służby przetrą szlak od nowa. A osad przy zimnikach niewiele. Zwykle trzeba przejechać kilkaset kilometrów, żeby trafić na ogrzewane siedziby.
Na razie to drugi tydzień naszej wyprawy. Przejechaliśmy dopiero kilkaset kilometrów. Zdobywamy doświadczenie. Uczymy się funkcjonować w niskim temperaturach.
Przy minus 45 stopniach Celsjusza jedzie się całkiem nieźle. Choć trzeba mocno stopę do pedałów docisnąć, aby wprowadzić rower w ruch. I dziurawy asfalt też sprawy nie ułatwia.
Po południu mijamy budkę robotników drogowych. Wstępujemy do nich, by na chwilę odetchnąć. W środku jest przyjemnie ciepło. Dwóch mężczyzn częstuje nas jedzeniem.
Wyjadamy im wszystkie herbatniki oraz ostatni bochenek chleba, ser, wypijamy resztkę kawy. Panowie usilnie nas zachęcali, abyśmy jedli do syta − tak zrobiliśmy.
Po kilku godzinach dalszej jazdy zapada zmrok, szybko robi się ciemno i zimo. Odczuwam chłód w dłoniach i na korpusie. Dojeżdżamy do kolejnego miejsca, gdzie może uda nam się spędzić noc w cieple. Są to baraki, w których przez cały rok stacjonują robotnicy drogowi. To jakby niewielkie miasteczko. Czekamy przed szlabanem wjazdowym na menedżera budowy.
Ochroniarze, którzy grzeją się w niewielkiej budce, pytają nas, ile dostajemy pieniędzy za każdy przejechany kilometr. Ale my już nie mamy sił, by opowiadać o naszej podróży.