Blog: Michalina Ziółkowska
Salzkammergut Trophy - wrażenia po starcie
Kategoria:
Kto choć trochę ściga się w maratonach MTB pewnie słyszał co nieco o słynnym Salzkammergut Trophy - wielkim austriackim maratonie! Moja wrodzona ciekawość i chęć poznawania nowych górskich terenów stanowiących nowe wyzwania nie dawała mi spokoju już od trzech lat. Kiedy w tym sezonie maraton pojawił się w kalendarzu UCI stanowiąc jedną z edycji cyklu UCI Marathon Series wiedziałam, że muszę tam w końcu być.
W dzień przyjazdu w Bad Aussee przywitała nas ulewa i zachmurzone niebo, ale już rankiem następnego dnia mieliśmy przepiękny widok na Masyw Dachstein wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Rejon był bardzo ładny, a najbliższa okolica przepełniona malowniczymi jeziorami.
Mój start był z drugiej strony jeziora, gdzie dowiozła mnie lokalna kolejka :) Byłam bardzo ciekawa trasy, dzień wcześniej razem z drugim z reprezentantów Volkswagen Samochody Użytkowe MTB Teamu - Bogdanem - zapoznaliśmy się z moim pierwszym podjazdem, zapowiadało się nieźle. Jak się okazało, była to typowa harówka, trasa siłowa i bardzo fizyczna - szerokie, proste szutry ciągnące się bez końca w górę! Jeśli ktoś (jak ja) liczył na urozmaicone podłoże i trudne technicznie odcinki, mógł się mocno przeliczyć. Na moim dystansie C-76km nie było ani jednego odcinka technicznego! Trudność trasy polegała głównie na wymagających podjazdach, których było w zasadzie 3 pomkilkaset metrów przewyższenia - ciekawskich odsyłam do profilu trasy C.
Najbardziej efektowny był podjazd na kopalnię wijący się szutrowym wąskim trawersem nad samym jeziorem Hallstätter. Ale to dopiero po wyjeździe na asfalt czekał najtrudniejszy fragment. Nagle szosa zaczynała iść bardziej w górę niż w przód. Napęd 1x11 zmuszał mnie do wstania na pedały, żeby całym swoim ciężarem dociskać pedały i jednocześnie dociążyć przód, który jakoś dziwnie rwał się do góry. Trochę to trwało nim zaczął się zjazd..... Potem miało być już zdecydowanie lżej, ale tego dnia w mojej jeździe coś ewidentnie nie grało. Niestety 3 ciężkie górskie starty w Alpach francuskich (Roc des Alpes) i włoskich (MŚ HERO) oraz polskich Karkonoszach (Puchar Polski Bike Maraton) poprzedzające występ w Austrii, musiały w końcu dać o sobie znać i dobitnie poczułam to na każdym z podjeździe. Drugi, najdłuższy o przewyższeniu ok 700m nie miał końca, a cyferki na Garminie wskazujące wysokość nie chciały szybko rosnąć. Moje nogi gotowały się od wysiłku i upału! Na upragnionej wysokości prawie 1500 m zrobiło się nieco chłodniej, droga w dół po zdradliwych szutrach trwała i trwała....
W zasadzie tylko szuter i asfalt i tak do samej mety. Wjazd do zatłoczonego miasteczka na metę był końcem tej austriackiej przygody. I może nie była to wymarzona trasa, ale sama atmosfera tego maratonu była wyjątkowa. Na pewno warto spróbować sił w takim wyścigu i posmakować trochę zagranicznego ścigania! Kolejna szansa już za rok 8-10 lipiec - Salzkammergut Trophy 2016.