Blog: Tomek Ptak
Bike maraton Wałbrzych - pierwszy prawdziwy górski maraton
Kategoria:
Minęło już trochę czasu od moich pierwszych wiosennych treningów tym roku we włoskiej Liguri. Planowałem około 3 treningów wytrzymałościowych w tygodniu, ale jak zwykle rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Moje przygotowania były trochę utrudnione przez kontuzję, ale też przez nienajlepszą organizację czasu. Okazało się, że w organizacji czasu wciąż mam największe rezerwy.
Po półtora miesiąca nieregularnych treningów i przejażdżek spróbowałem swoich sił na pierwszym maratonie mtb. Wyścig Skandia maraton w Krakowie był wyjątkowo płaski i szybki, co stanowiło dla mnie pewien problem, bo nie było miejsca na chwilę odpoczynku. Jednak treningowo było to dla mnie świetne rozwiązanie, bo nic lepiej nie buduje bazy wytrzymałościowej niż długi, równy wysiłek wzmocniony odrobiną adrenaliny. Krakowskie szutry wywołały u mnie mocny ból mięśni grzbietu, ale wiadomo, że mało używane mięśnie muszą boleć.
Kolejnym moim sprawdzianem po kilku intensywnych treningach był start na bike maratonie w Zdzieszowicach. Miałem zamiar się trochę wyjechać na 200m podjazdach na Górze Św. Anny. Trasa została jednak w tym roku trochę zepsuta, chociaż pierwsze leśne ścieżki wyglądały obiecująco. Skończyło się na walce z wiatrem i przeskakiwaniu z jednej grupki do drugiej. Kryzys na 10km przed końcem dystansu mega przypomniał mi, że najważniejszą sprawą w treningu pojemnościowym jest regularność. 112 miejsce open na mecie nie jest satysfakcjonujące, ale najciekawsze maratony jeszcze przede mną.
Wałbrzych to pierwszy naprawdę górski bike maraton w sezonie. Podjazdy nie są zbyt długie, ale masywy Chełmca i Trójgarbu oferują cały zestaw różnego typu terenowych ścieżek. Tym razem organizator stanął na wysokości zadania i zaproponował bardzo wymagającą i selektywną trasę. Niektóre zjazdy wywołały prawdziwą panikę w środkowej części peletonu.
Ten wyścig miał mi dać odpowiedź, jak wygląda pojemność tlenowa mojego organizmu, bo nie zamierzałem spalać się w najwyższych strefach metabolicznych. Pierwsze podjazdy udało mi się pokonać równo, ale dość mocno. Może dzięki temu wypłaszczenie przed dojazdem do Trójgarbu nie było dla mnie zbyt wyczerpujące. W końcu pojawiły się strome podjazdy, gdzie nadal udawało mi się zdobywać pozycje, co napawało mnie optymizmem. Terenowe zjazdy pokonywałem dość płynnie, ale bez miękkiego lądowania się nie obyło. W końcu dostałem także odpowiedź na najważniejsze pytanie tego dnia: jak wygląda moja wytrzymałość. Odpowiedź brzmiała: 2,5godz. Niestety w momencie, w którym mięśnie grzbietu zaczynały odmawiać posłuszeństwa, brakowało mi do mety 10 km. Został mi jeszcze podjazd na Mały Chełmiec i pojawiły się czarne myśli. Postanowiłem zmniejszyć nieznacznie tętno, płynnie pedałować i dobrze spożytkować ostatnie krople z bidonu. Wydawało mi się, że jadę z prędkością żółwia, ale na szczęście bardzo powili traciłem kolejne pozycje. Na ostatnim stromym zjeździe, ku mojemu zdumieniu, odzyskałem 2-3 miejsca i poczułem odrobinę świeżości. Przydaje się jednak zmiana pozycji na rowerze podczas zjazdu. 66 pozycja open na dystansie mega nie jest najgorsza, ale różnica czasu do czołówki pozostaje jeszcze dość znaczna. W najbliższym czasie w moim planie nadal będą dominować spokojne treningi tlenowe