Blog: Michalina Ziółkowska
Sellaronda Maraton - o tym jak zostać HERO
Kategoria:
Wyścig Sellaronda Hero zaliczany do UCI Marathon Series był jednym z najważniejszych dla mnie w obecnym sezonie startem. Sam wjazd na metę tego wymagającego maratonu to powód do dumy, a jeśli się wjeżdża na drugim miejscu ustępując jedynie Sally Bigham to jest niesamowite uczucie! Organizatorzy postarali się nawet o biało-czerwoną flagę dla mnie, by móc ją dumnie zaprezentować na tzw. “Flower ceremony”! Ale zanim po raz trzeci zasłużyłam na tytuł Hero musiałam stoczyć prawdziwą walkę z nieobliczalną górską naturą…
Start o 7:10 rano wymusza pobudkę o 4:30 rano na solidne śniadanie, a związany z tym stres sprawia, że drobny hałas w środku nocy może łatwo wybudzić z płytkiego snu. Nic dziwnego, że o pierwszej w nocy stukający o szyby grad postawił mnie na nogi, zdawało mi się, że już czas na pobudkę, na szczęście pozostało mi jeszcze trochę snu. Kiedy jednak świt zajrzał do okna i włączył sie alarm, skończyła się sielanka. O 6:30 byliśmy już z Bogdanem Czarnotą gotowi do drogi, kilka kilometrów dzielących nasz pensjonat od startu postanowiliśmy wykorzystać na rozgrzewkę. Mimo optymistycznnych prognoz zapowiadających ok. 10 stopni nasze Garminy pokazywały niewiele ponad zero. O 7 stałam już w pierwszym sektorze, a słońce nieśmiało przebijało się przez niezwykłe rzeźby szczytów Dolomitów. Myśl o kilkukilometrowym podjeździe na Dantercepies 2298m, który za chwilę mnie czeka, podgrzewał temperaturę moich mięśni i pozytywnie mnie mobilizował. Rywalizacja w górach zresztą zawsze dawałami największą satysfakcję.
W końcu strzeliło konfetti i ulicami Selvy val Gardeny ruszył kobiecy peleton. Gdy tylko skończył się asfalt i wjechaliśmy w szutrową drogę wspinającą się zakosami do pierwszego szczytu, przesunęłam się na drugą pozycję, przede mną była Sally Bigham. Śmiało można stwierdzić, że w maratonach MTB to już legenda. Starałam się trzymać tempo i nie tracić za wiele, co nawet nieźle wyszło, bo na szczycie traciłam raptem 40 sekund i cały czas trzymałam kontakt wzrokowy. Niestety długi zjazd do Corvary nie był w moim wykonaniu zbyt dobry i moja strata urosła na tyle, że na kolejnym podjeździe ledwo dostrzegłam ją kilka serpentyn dalej, gdy wjechałam na odsłoniętą, wijącą się grzbietem górskim ścieżkę zbliżającą mnie się do drugiego szczytu Pralongia 2157 m.
Po zjeździe do Arabby na bufecie wiedziałam już że tracę ok 2-3 minuty. Czułam się dobrze, więc podjazd na Passo Pordoi starałam się pokonać w swoim mocnym tempie. Tam czekał nas najtrudniejszy zjazd. Śliskie kamienie i korzenie czające się pod kołami trzeba było pokonywać niezwykle czujnie, by sprawnie dojechać do ostatniego wymagającego podjazdu na przełęcz Sella. Niestety moment nieuwagi przypłaciłam nieprzyjemną kraksą, gdzie cały impet uderzenia poszedł na moją klatkę piersiową. Pozbierałam się w miarę szybko, wyprostowałam siodełko i poobijana ruszyłam dalej.
Gdy wjechałam na ostatnią przełęcz zaczął podać deszcz, który później na zjeździe przerodził sie w grad! Niedawna kraksa nakazywała mi w tych trudnych warunkach nieco przyhamować, by dotrzeć w całości do mety. Na dogonienie prowadzącej Bigham szans nie było, więc w strugach deszczu i gradu po nasiąkniętych i błotnistych ścieżkach zmierzałam spokojnie do Selvy. Na metę wjeżdzałam z wielką satysfakcją, na drugim miejscu w Elicie Kobiet ze stratą ok 3,5 minuty! Zdążyłam jeszcze dobrze zmarznąć czekając na krotką ceremonię kwiatową, ale warto było! Niecodziennie zostaje się HERO!
Wyniki
- 1. Sally Bigham (Topeak Ergon Racing Team) 4:02:50
- 2. Michalina Ziółkowska (Volkswagen Samochody Użytkowe MTB Team) 4:06:37
- 3. Cristina Maria Nisi (Team Bike Garage Revolution In) 4:25:55