Blog: Michalina Ziółkowska
Pechowe Mistrzostwa Świata w maratonie MTB kończę na 14msc
Kategoria:
Start w Mistrzostwach Świata jest zawsze wyjątkowy ze względu na rangę i atmosferę. W tym roku gospodarzem było francuskie miasteczko Laissac, a trasa wyznaczona na okolicznych wzgórzach była niezwykle wymagająca. Co prawda podjazdy były krótkie - po kilkadziesiąt do 300m w pionie, ale teren obfitował w trudne techniczne odcinki.
Właściwie do ostatnich dni nie byłam pewna swojego udziału w tej imprezie, na dodatek tuż po powrocie z Włoch dopadła mnie infekcja. Cały wtorek przeleżałam z gorączką w łóżku z nadzieją, że szybko minie. W czwartek byłam już w drodze. Dwa dni przed startem były dla mnie nerwowe, nie miałam pojęcia w jakiej będę dyspozycji, a do tego wszystkiego dawały mi znać o sobie potluczone przed tygodniem żebra.
Mimo wszystko w niedzielę rano byłam pozytywnie nastawiona i zmobilizowana do walki. Miałam przyjemność stać w pierwszym rzędzie obok czołowych zawodniczek świata. Po starcie zapomniałam o wszystkich problemach i starałam się trzymać czołówki na pierwszym podjeździe. Dobrze mi szło, na bardziej stromych odcinkach przeskoczyłam w okolice 8 miejsca. Kolejne kilometry układały się po mojej myśli, techniczne zjazdy szły dobrze, na podjazdach jechałam płynnie i w równym tempie, co pozwalało utrzymywać pozycję w 10.
Niestety kolo 25km goniłam Włoszkę na zjeździe i pomyliłyśmy trasę. Gdy na końcu singla zastała nas taśma było jasne, że trzeba “z buta” wracać do góry. Było małe zamieszanie, bo następne zawodniczki też jechały źle, tylko dużo szybciej mogły wrócić na trasę. W tym momencie dotarło do mnie, że wysiłek włożony w pierwszej części wyścigu właśnie poszedł na marne, a dobry wynik zostanie w sferze marzeń. Próbowałam mimo wszystko skupić się na odrabianiu straconych pozycji, ale na zjeździe poczułam, że z tylnego koła właśnie zeszło powietrze. Wydawało mi się, że niedaleko powinien być bufet, więc dalej jechałam na flaku. Nie myliłam się, na niewielkim wzniesieniu kadrowy mechanik zajął się kołem. Znów spadam niżej, ale szczęśliwie mogłam jechać dalej. Zaczęłam znów gonić. Jeden, drugi podjazd i wtedy na szutrowym zjeździe na łuku podcięło mi oponę. Przyjechałam tak parę metrów po ziemi drac spodenki, raniąc nogi i ręce, ale byłam cała. Manetki przekręciły mi się do pionu od uderzenia. Pomyślałam, że chyba już gorzej być nie może, nie miałam już nic do stracenia.
Pozbierałam się i pojechałam dalej. Pół trasy jeszcze było przede mną. Kilka miejsc udało mi się przeskoczyć do przodu. Na ostatnim podjeździe jechałam za Szwajcarką, potem na interwałowym odcinku długo z nią walczyłam i kiedy w końcu odjechałam, znów poczułam, że w tylniej oponie zaczyna schodzić powietrze. Zostało mi kilka kilometrów do mety. Czułam już, że większe kamienie odbijają do rawki, a na szosie kolo mi pływa… pomyślałam, że jadę póki się da i udało się tak aż do mety :) byłam ostatecznie 14. Nie jest to wynik marzeń, ale jak na to wszystko co się wydarzyło, nie mogę narzekać. Pozostał jednak niedosyt, bo w końcu Mistrzostwa Świata są raz w roku.
Tegoroczną mistrzynią świata została Jolanda Neff (Szwajcaria), drugie miejsce dla Sally Bigham (Wlk. Brytania), a trzecia była Sabrina Enaux (Francja).
Dziękuję kadrze i trenerowi za wsparcie, przygotowanie roweru i pomoc na trasie.