Blog: Michalina Ziółkowska
MB Race, KronplatzKing - wyjątkowe maratony w Aplach francuskich i włoskich
Kategoria:
Za mną 2 alpejskie maratony: UCI Marathon Series MB Race Culture Velo ze startem we francuskim Combloux i KronplatzKing Marathon we włoskim St. Vigil. To były niesamowite wyścigi. Wróciłam wzbogacona o nowe doświadczenia i z głową pełną wrażeń!
Nowe wyzwania zawsze działają mobiluzująco. Dodatkowo dochodzi element wielkiej niewiadomej, ponieważ tereny są jeszcze nieodkryte i nie do końca wiadomo, czego można się spodziewać na trasach. Sam profil to nie wszystko. Owszem jeśli wyścig ma ok 70-80 km i ponad 3 tys przewyższeń, to jasne jest, że będzie ciężki fizycznie. Ale do tego dochodzi teren i warunki atmosferyczne, które mogą znacząco podwyższyć poziom trudności.
MB Race - błotniste zmagania u ponóża Mont Blanc
Stojąc na starcie przed 6 rano we Francji liczyłam na to, że chmury zasłaniające szczyty wkrótce się rozejdą i wyjdzie słońce. Przede mną było 70 km i 3.5 tys metrów wzniesień, w tym dwa na prawdę długie, po niemal tysiąc metrów w pione każdy. Wyścig zaczął się spokojnie kiedy słońce dopiero powoli wschodziło, ale wbrew oczekiwaniom, nie przebiło się przez wiszące chmury. Lekka mżawka i mgła towarzyszyły mi większą część wyścigu, a tuż przed metą lunęła na mnie ściana deszczu!
Po raz kolejny przekonałam się, że we Francji maratony są bardzo trudne technicznie. Obfitują w kamieniste i wymagające ścieżki. Zjazdy wymagają dobrego obycia w trudnym terenie, a podjazdy bywają bardzo strome. Jeśli dołożyć do tego padający deszcz i ogromne masy błotne jakie spotkały mnie na ścieżkach, to muszę stwierdzić, że był to niezwykle ciężki wyścig. Kiedy pokonałam najdłuższy podjazd i osiągnęłam najwyższy punkt na trasie Tête du Torraz (1930 m) wydawało mi się, że kolejne 10 km poprzedzające zjazd pójdą szybko, ale okazało się, że ten interwałowy odcinek był jeszcze cieższy niż długie podjazdy. Szczerze mówiąc przypomniały mi się wtedy słynne polskie MTB Marathony organizowane przez Grzegorza Golonkę ;) Jeśli więc komuś brakuje tych maratonów, we Francji można liczyć na podobne wrażenia, ale tysiąc metrów wyżej nad poziomem morza i z szczytami Alp w tle!
Wyścig wygrałam po prawie 6 godzinnych zmaganiach! Tymczasem elita mężczyzn jechała dalej, dystans 130 km Urs Huber pokonał niecałe 10 godzin! Mała ciekawostka - w nagrodę dostałam zaproszenie do restauracji, gdzie miałam okazję skosztować T-bone steak. Polecam!
KronplatzKing z metą na szczycie 2275m!
Włoski maraton przyciągnął mnie faktem, że meta znajdowała sie na szycie góry Kronplatz na wysokości 2275 m. Sam start tysiąc metrów niżej w St. Vigil. Dystans 81 km i 3310 m przewyższeń zapowiadał kolejną, ciężką fizycznie rywalizację. Z reguły jednak włoskie wyścigi są mniej wymagające technicznie. Podjazdy choć długie, to z reguły szutrowe, gdzie nachylenie potrafi sięgać 20-30 %.
Tym razem od rana było słonecznie, można było więc poczuć dobrą przyczepność na zjazdach. Kronplatz to nie tylko szczyt, ale słynny kurort narciarki, który latem staje się idealnym miejscem do uprawiania MTB. Wszystko dzięki wytyczonym i oznakowanym trasom do freeride'u i downhill'u. Na samym maratonie zahaczyliśmy o 3 takie szalone signle. Nie ukrywam, że po kilku kilometrach podjazdu pozwalały zapomnieć o minionym wysiłku i pozytywnie nakręcić na kolejne cieżkie kilometry pod górę!
Sam wyścig okazał się niezwykle wyczerpujący, po raz kolejny przekroczyłam 5 godzin. Na Kronplatz wjeżdżałam dwa razy, pierwszy od przełęczy Furcia. Ciekawostką jest fakt, że dwukrtonie ten podjazd pojawiał się na Giro d’Italia. Jadąc w górę na każdym zakręcie widzimy tabliczki ze zwycięzcami tego wyścigu. Kiedy wjeżdżamy na ostatni zakręt, gdzie spogląda na nas Marco Pantani, wydaje się, że mamy szczyt na wyciagnięcie ręki. Ale to ostatnie 900 metrówto jeszcze 160 metrów przewyższenia, nachylenie sięga do 24%! Jest na prawdę ciężko! Po minięciu szczytu mogłam poczuć niezły flow na na singlu Furcia, a potem jeszcze zasmakować legendarnego Herrnsteig. Na koniec czekała mnie ponowna wspinaczka na Kronplatz, tym razem z innej strony. Kiedy dojechałam do Pantaniego, zostało ostatnie 900 m ... na sczęście już do METY!
Wygrała Mistrzyni Włoch Maria Cristina Nisi, ja skończyłam wyścig na 2 miejscu. Na koniec na szczycie nastąpiło ukoronowanie nowej królowej (Maria Cristina Nisi) i króla (Daniele Mensi).
Zarówno my jak i nasz klubowy Volkswagen Caravelle bardzo polubiliśmy alpejski klimat, dlatego żal nam było wracać do domu... Ale być może niebawem znów tam wrócimy ;)