Blog: Michalina Ziółkowska
Upadek przed Sellaronda Hero czyli o tym jak nieprzewidywalny bywa sport
Kategoria:
To miał być ostatni treningowy start przed jednym z najważniejszych wyścigów w sezonie - słynnym Sellaronda Hero. Forma budowana wiele tygodni miała być gotowa właśnie na ten wyścig. Pech chciał, że jeden ze zjazdów pełen kamieni pokrytych błotnistą mazią wymknął mi się spod kontroli. Z pełnym impetem moje kolano uderzyło w kamieniste podłoże, poczułam ból, ale adrenalina pozwoliła mi dotrzeć do mety. Struga krwi pomieszana z błotem oblepiała moją nogę, ale wciąż myślałam, że to tylko drobne obtarcie. Zupełnie nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, że to może wykluczyć mnie z walki na tak długo oczekiwanym wyścigu!
Walka z czasem i bólem
Wizyta w szpitalu zakończyła się wyczyszczeniem głębokiej rany po miejscowym znieczuleniu i szyciem. Lekarz tylko zaśmiał się, gdy wspomianiałam, że za 6 dni mam wyścig. Piekło zaczęło się, gdy znieczulenie przestało działać. Tej nocy czułam się znów jak po operacji obojczyka, kiedy rozrywający ból od środka nie pozwalał mi nawet napiąć mięśnia, by ruszyć nogą. Pierwsze 3 dni miały były najgorsze, bo nie mogłam nawet normalnie chodzić. Myśl, żeby wsiąść na rower wydawała się nierealna, zgięcie kolana sprawiało taki ból, jakby ktoś chciał mi rozerwać skórę.
Ale pojechałam do Włoch. Musiałam spróbować. Wsiadłam na rower 2 dni przed startem. Z wielkim bólem naciskając na pedały głównie jedną nogą wjechałam na Dantercepies. Ciągle myślałam, że dam radę! Każdego dnia wydawało mi się, że ból jest mniejszy. Żyłam nadzieją, że minie, albo chociaż adrenalina pozwoli mi o nim zapomnieć. Zaraz po starcie wiedziałam, że to koniec. Ból nie minął, a ja nie byłam w stanie jechać. Czułam, że te góry mnie przerosły...
Nadzieja umarła, pozostał wielki smutek i rozczarowanie. Wróciłam do klubowego busa, pozostałe 3 przełęcze oglądałam zza okna Volskwagena Caravelle ciągle nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.
Co dają nam takie porażki i jak się podnieść?
Powtót do Polski był wyjątkowo trudny, wydawało mi się, że nagle wszystko straciło sens, bo cel sezonu nie wypalił. W dodatku ciągle dokuczał mi ból. Ale wtedy też dotarło do mnie, że czasu nie cofnę i nic już nie zmienię. Trzeba pogodzić się z porażką i wyciągnąć wnioski na przyszłość, zastanowić się, co możnaby było zrobić inaczej i jak w przyszłości unikać podobnych sytuacji. Postanowiłam skupić się na tym co jeszcze przede mną i najważniejsze - szybko znalazłam nowy, krótkoterminowy cel.
Już chciałam szybko wracać do treningów, ale okazało się, że wcale nie jest to takie proste. Ból nie dawał mi spokoju. Trzeba było najpierw wyleczyć kontuzję, wtedy powróciły momenty zwątpienia. Na szczęście dość szybko wiarę w lepsze jutro przywrócił mi niezawodny fizjoterapeuta Tomek Niedźwiedzki. Potrzebne mi było jeszcze kilka dni, aby wrócić do treningów i skupić się na nowych wyzwaniach. Do Włoch wrócę za rok i jeszcze dokończę wyścig.
W sporcie niczego nie da się przewidzieć, a przede mną kolejny start!
Taki jest sport, niczego nie można być pewnym, niczego nie da się przewidzieć. Na porażki też trzeba być gotowym. Nie są to łatwe momenty, ale potrafią działać mobilizująco! Przede mną kolejny wielki wyścig, za tydzień we Francji MB Race Culture Velo. Nie wiem, czy po kilku treningach uda mi się wrocić do formy. Rana ciągle się goi i wciaż nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Ale cieszę się, że w końcu mogę z powrotem wsiąść na rower bez tego wielkiego bólu. Mam nadzieję, że tym razem dotrę do mety!