Rowerem przez mrozy Jakucji - cz. 1/3
Kategoria:
Krzysztof Suchowierski wraz z dwoma rosyjskimi przyjaciółmi przejechał Jakucję z południa na północ. Pokonali 3700 kilometrów. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dokonali tego jadąc na rowerach i... zimą!
Najniższe odnotowane przez nich temperatury dochodziły do minus 55 stopni Celsjusza!
Poniższy fragment pochodzi z książki "Rowerem przez mrozy Jakucji" autorstwa Krzysztofa Suchowierskiego.
Wydawca: Inne Spacery.
Książkę można kupić na stronie wydawnictwa www.innespacery.pl lub w dobrych księgarniach.
***
Rower jedzie coraz wolniej. Ja na pedały naciskam coraz mocniej. Nic to jednak nie daje. Spoglądam na tylne koło. Flak. Opieram rower o zaspę śniegu i oceniam sytuację. Nie panikuję. To już zdarzyło się kilkanaście razy. W końcu dziurawa dętka to nic wielkiego. Zdjąć oponę przy użyciu łyżek, wyciągnąć dętkę, znaleźć dziurę, zakleić ją, założyć i można jechać dalej.
Tu jednak nie jest to takie proste. Jest minus 50 stopni Celsjusza. Zdjęcie rękawiczek na dłuższy czas grozi odmrożeniem palców. Pompka w zasadzie nie działa. Zdjęcie sztywnej opony z obręczy jest prawie niemożliwie. Nawet nie warto szukać dziury w dętce. Trzeba ją wrzucić do sakwy i założyć nową. Pozostawanie bez ruchu grozi odmrożeniem.
I trzeba starać się samemu sobie z tym poradzić. Co prawda jedziemy we trzech, z Ioannem i Igorem, dwoma Rosjanami, świetnie się dogadujemy, ale nie ma sensu, żeby jedną dętkę wymieniały trzy osoby. Chłopaki zwykle w takich sytuacjach rozgrzewają się ‒ chodzą tam i z powrotem, robią pajacyki. Muszą ciągle być w ruchu, aby nie tracić ciepła. Jeśli wymieniający dętkę czuje, że już marznie, zmieniamy się i wtedy jeden z chłopaków bierze się do roboty. A ten, co wymieniał dętkę, rusza robić pajacyki.
Przez kilkanaście dni, kiedy jedziemy w lutym przez Jakucję, nabraliśmy już doświadczenia, jak radzić sobie w takich sytuacjach. Zwykle czekamy na przejeżdżającą ciężarówkę. W środku, w ciepłej kabinie, o wiele łatwiej poradzić sobie z flakiem w kole. Teraz jednak jest dość wcześnie, jeszcze szaro. Mały ruch na drodze. Czekamy prawie pół godziny, ale nic nie jedzie. Oceniamy sytuację, że na takim mrozie raczej nie poradzimy sobie z wymianą dętki. Decydujemy się na powrót do dróżniczki, u której spędziliśmy ostatnią noc.
Poprzedniego dnia, nim słońce położyło się za horyzont, dojechaliśmy do niewielkiej budki dróżnika kolejowego, który nadzoruje przejazd pociągów w regionie. Jechaliśmy od rana i nie spotkaliśmy żadnej osady, wsi czy przysiółka. Jechaliśmy wśród niewielkich wzniesień porośniętych lasem. Mróz i ani żywej duszy. Jedynie mijające nas ciężarówki. To właśnie od kierowców dowiedzieliśmy się, że przy drodze możemy trafić na budkę dróżnika. Budka przypomina barak budowlany, ale jest trochę większa. Pukamy. Otwiera nam zdziwiona kobieta, około pięćdziesiątki, która zaprasza nas szybko do środka, nie zadając żadnych pytań. Rozmawiamy dopiero w środku.
Zaraz po lewej stronie od wejścia jest pokój z konsolą do kierowania ruchem pociągów. Oprócz tego są jeszcze dwa niewielkie pomieszczenia. Sypialnia z trzema piętrowymi łóżkami, a także kuchnia, do której zostajemy zaproszeni. − Tu jest czajnik, nastawcie sobie wodę na herbatę. I weźcie, co chcecie, do jedzenia. Wszystko jest dla was − mówi dróżniczka, otwierając lodówkę. W środku jest cały kurczak. Teraz należy do nas. Igor z racji tego, że jest wegetarianinem, przygotowuje sobie kaszę gryczaną. Gdy my zajmujemy się jedzeniem, dróżniczka wraca do konsoli. Dzwoni także do swojego przełożonego i pyta, czy możemy przenocować. Ona i tak nie będzie spała, bo podczas dyżuru cały czas musi nadzorować ruch pociągów. Jej szef się zgadza, a my mamy ciepły nocleg.