Blog: Tomek Ptak
BM Bielawa - tym razem bez Wielkiej Sowy
Kategoria:
Bielawa stała się już synonimem górskich, technicznych tras MTB. Co roku kilka imprez kolarskich startuje znad zbiornika wodnego Sudety. Tym razem trasa nie przecinała przełęczy Jugowskiej, więc siłą rzeczy nie było szans zdobyć szczytu Wielkiej Sowy. Jednak dla uczestników Bike Maratonu to nic straconego, bo pamiętajmy, że została jeszcze edycja w Ludwikowicach Kłodzkich, która prawdopodobnie skoncentruje się na masywie Wielkiej Sowy.
Mimo wszystko po wyścigu w Bielawie nie powinno pozostać niedosytu. Przewyższenia 1600m na MEGA i 2550m. na GIGA pozwalały się wyjechać każdemu zawodnikowi. Był kilkukilometrowy odcinek szutrowej "autostrady", ale przeważały terenowe ścieżki o zmiennym nachyleniu. Po ostatnich burzach pozostało dużo połamanych gałęzi i kamieni, więc trzeba było uważać po czym się zjeżdża. Kulminacją zawodów był podjazd na szczyt Kalenicy i mocno techniczny zjazd. Na zmęczeniu pokonanie stromej ścieżki klucząc między wystającymi korzeniami dawało sporo satysfakcji. Zjazd ze szczytu to prawdziwa "bajka" szczególnie na adrenalinie, widząc przed sobą wyjeżdżoną optymalną ścieżkę.
Baza wytrzymałościowa
Po ostatnich wyścigach czułem, że wytrzymałość mam już na poziomie wystarczającym do przejechania równym tempem 2,5 godz. wystansu MEGA. Co o tym świadczy? Regularny trening na pojemność tlenową trwale zmienia przemianę materii. Optymalizuje się pozyskiwanie energii z tkanki tłuszczowej. Organizm adaptuje się do specyfiki wysiłku w ten sposób, że oszczędnie gospodaruje energią. Wystarczy zjeść pożywne śniadanie 3 - 4 godz. przed startem, w czasie jazdy wspomóc się żelem lub bananem i przez cały wyścig nie powinno się odczuć nagłego odcięcia energii. To znak, że baza wytrzymałościowa jest na dostatecznym poziomie.
Tydzień treningowy
Odczucia z poprzednich startów utwierdziły mnie w przekonaniu, że już najwyższy czas, żeby wprowadzić trochę treningów interwałowych na zwiększenie mocy i tolerancję kwasu mleczanowego. Mój tydzień treningowy wyglądał w ten sposób, że zacząłem od przyśpieszeń 20 sek. pod górkę, następnego dnia zrobiłem sobie wypoczynkową przejażdżkę równym, ale niskim tempem i na koniec cyklu: 4 podjazdy na Wieżycę po 5-6 min. powyżej progu mleczanowego z godzinnym rozjazdem. Zdecydowanie preferuję interwały w terenie pod górkę, mimo, że przyśpieszenia na płaskim asfalcie też bardzo dużo dają, a może i nawet więcej, bo jest to czysty, równy wysiłek. Natomiast tempówki w trudnym terenie mają tą zaletę, że mięśnie same się napędzają do wysiłku, nie trzeba się specjalnie mobilizować, ani spoglądać na różne mierniki - czysty żywioł i sama przyjemność. Może nie jest to wysiłek optymalny, ale przecież nie jestem zawodowcem.
Muszę przyznać, że dwa tygodnie treningów dały efekt. Chyba po raz pierwszy w życiu podjechałem na zmęczeniu na Kalenicę. Utrzymałem 2,5 godz. równe tempo, co widać na wykresie z MIO. Wykręciłem satysfakcjonujący mnie czas: 2:28, co dało mi 35 miejsce open na dystansie MEGA. Sezon się jeszcze nie skończył, więc nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.